czwartek, 3 sierpnia 2017

Część 3 - Wierzę, że Naród Polski będzie kiedyś naprawdę mądrze i długo szczęśliwy...

Kolejna część wspomnień mjr. Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej... 

Następnego dnia 7 sierpnia 1914 roku, zaraz po śniadaniu, kazałem wójtowi dać sobie podwodę, czyli wóz chłopski zaprzężony w konie. Zabrałem Jana, podoficera i jeszcze jednego żołnierza i wspólnie pojechaliśmy do Stryja po prowiant i dalsze rozkazy. Po przybyciu do miasta zatrzymałem się tam dłużej. Udało mi się spotkać z Władkiem i wspólnie zjedliśmy drugie śniadanie. Później załadowałem na wóz produkty, odebrałem żołd dla całego oddziału i zamieniłem parę zdań z Oberstleutnant’em Gilli’m, z pochodzenia Włochem, wychowankiem niemieckich szkół kadeckich najpierw w Bensbergu, potem w Berlinie. Choć czuł i myślał jak Niemiec, był poczciwym człowiekiem. Był to mężczyzna niski, szpakowaty, przystojny i bardzo żywy w mowie i czynach. Kiedyś był dowódcą oddziału pionierów i żywo interesował się moim planem pracy dla oddziału. Polubił mnie później bardzo i co dzień przy różnych pracach mego oddziału długo ze mną gawędził. O polityce nigdy ze mną nie mówił, ale z jego przeszywających spojrzeń i krótkich celnych uwag odczułem, że pod przybraną skorupą niemiecką, a raczej austriacką tkwiło serce bolejącego Włocha, gdy nieraz słyszał jak oficerowie niemieccy przeklinali – „die verfluchte Verrater Italiener” (przeklęty włoski zdrajca).
Tak więc po załatwieniu wszystkich spraw, wysłałem jeszcze dwie kartki do Lwowa do mej ukochanej Czesi. Wieczorem, idąc za obładowanym wozem dołączyliśmy do naszego oddziału. Jednak zanim udałem się do mej kwatery skontrolowałem jeszcze moich żołnierzy. Przekonałem się, że zawodowi podoficerowie, jak im wcześniej nakazałem, przerobili w ciągu dnia praktycznie służbę saperską. Zadowolony więc, opiłem się znowu znakomitego mleka, napchałem żołądek chlebem i zasnąłem. I tak upłynął mi siódmy dzień wojny.


8 sierpnia spędziłem z oddziałem przerabiając, przepytując i ucząc służby saperskiej i pionierskiej wszystkich żołnierzy. Spisałem cały oddział i wszystkie szarże. Okazało się, że mam jedynego „zugsfurera” Ukraińca, majstra murarskiego z Kałusza czy też z Doliny. Trochę nie podobał mi się bo za nadto „lizał się”, ale nie mogłem na razie nic zrobić więc on właśnie został moim zastępcą, tzn. Dinstfirenderm. Żołnierze przeważnie byli już starsi wiekiem. Przeważali 32-latkowie, Rusini. Byli również i Polacy, jeden Żyd stolarz oraz jeden Niemiec, kolonista. Na obiad zjadłem konserwę mięsną z ziemniakami i popiłem mlekiem. Kolacja też była mięsna. W między czasie dowiedziałem się od moich żołnierzy, że ksiądz, u którego w poprzedniej wsi kwaterowałem, w nocy po naszym odejściu został aresztowany jako podejrzany o szpiegostwo. Żal mi się Go zrobiło, bo człowiek wydawał się uczciwy i nawet inteligentny, ale za sympatię do „cara batiuszki” musiał przecież zapłacić wolnością. Następnego dnia rano pojechałem do Pułku, gdzie otrzymałem urzędowe potwierdzenie dokumentów stopni podoficerów mojego oddziału oraz rozkaz przyprowadzenia ich następnego dnia celem otrzymania karabinów. Dowiedziałem się również, że 11 sierpnia Pułk wyjdzie już ze Stryja, jednak gdzie się uda tego nie udało mi się ustalić. 
Jak zwykle wysłałem do Ciebie kochana Czesiu kartki ze Stryja, pokręciłem się trochę po mieście, kupiłem papier listowy, trochę kartek z widokami, notes i parę jeszcze innych drobiazgów. Z Władkiem widziałem się dość krótko, gdyż zajęty jako pisarz batalionowy nie miał chwili czasu. Obiecał jednak, że następnego dnia postara się wykręcić na dłużej. Zjadłem jeszcze w Stryju obfite drugie śniadanie i wczesnym popołudniem wróciłem na kwaterę. Okazało się, że oddział ćwiczył właśnie musztrę, która całkiem nieźle im wychodziła. Na koniec musztry wydałem rozkaz by następnego dnia rano, przed siódmą, wszyscy żołnierze, bez kucharza i oraz inspekcyjnego byli spakowani i gotowi do wymarszu. W ten sposób zakończył się kolejny dzień wojny.
Nazajutrz 10 sierpnia cały oddział pod dowództwem mojego zastępcy K., Ukraińca „zugsfurera”, odmaszerował do Stryja. Ja zaś trochę później, dość wygodnie dojechałem tam na wozie. Karabiny oraz mundury, które otrzymali moi żołnierze było nowe, bardzo porządne. Gdy ubrali je na siebie wyglądali wspaniale i reprezentowali się o wiele lepiej niż „obrona krajowa”. Fasowanie broni przeciągnęło się do popołudnia prawie. Landsturminfanterieregiment nr 33 Stryj rywalizował przed płcią piękną ubiorem i doświadczeniem z gorzej ubranym, ale młodym Landwehrinfanterieregiment nr 33 Stryj. Jednak kto wychodził zwycięsko z tej rywalizacji nie dowiedziałem się nigdy.  
Po wyposażeniu mojego wojska w mundury i karabiny odesłałem ich do wsi, na kwaterę. Podoficer z amunicją pojechał na wozie, zaś ja i brat Władek poszliśmy po raz ostatni wspólnie na obiad do restauracji w Stryju. Po obfitym posiłku napiliśmy się jeszcze kawy, napisali kartki do Ciebie Czesiu, Zosi, Mamy, Tadzia oraz do naszej gospodyni z ul. Wyspiańskiego we Lwowie, polecając jej opiekę nad naszym mieszkaniem i pozostałymi w nim rzeczami. Po przeczytaniu gazet i wspólnej pogawędce Władek odprowadził mnie parę kilometrów za Stryj, po czym czule pożegnaliśmy się, jak później się miało okazać na przeszło osiem lat. Po powrocie na kwaterę do wsi, gdzie dotarli już moi żołnierze skontrolowałem jeszcze czy w oddziale jest wszystko w porządku, po czym rozkazałem ludziom pójść wcześnie spać, by nazajutrz, już o 6-tej rano być gotowym do wymarszu. Przed kolacją wydałem jeszcze wójtowi poświadczenie za kwatery i wypożyczone dotąd podwody, po czym wypiłem kubek ciepłego mleka i poszedłem spać. Była to moja ostatnia noc, którą spędziłem w okolicy Stryja. 
11 sierpnia, o szóstej rano, na zamówionych poprzedniego wieczoru podwodach, były już załadowane walizki, kuferki, różne pakunki i inne niepotrzebne w marszu manatki. Przepasany „bindą” wciągnąłem szablę, wzniosłem ją do góry i wśród okrzyków „szczęśliwej drogi” wyruszyliśmy do Stryja. W ten sposób pożegnaliśmy się z gościnnymi mieszkańcami wsi i miejscem naszego kilkudniowego zakwaterowania. Po przybyciu do miasta okazało się, że już na „hofie” gromadził się trzeci batalion pułku, zaś czwarty (tj. pierwszy z numeracji) był już zakwaterowany w Mikołajowie. Po wstępnym rozeznaniu w sytuacji zameldowałem dowódcy pułku, że nasz oddział już dotarł i że wszytko jest w porządku. Potem oddział powierzyłem „zugsfurerowi” K., zaś sam jako oficer należący do sztabu pułkowego odmaszerowałem z resztą oficerów na dworzec kolejowy, gdzie nasz pociąg czekał już na peronie. Tam pożegnaliśmy zebraną publiczność. Nasz dowódca, pułkownik, uronił łzę żegnając sympatyczną żonę i miłego, dużego chłopaka ubranego w mundur skautowski, zaś wszyscy oficerowie otrzymali od miejscowych pań, które razem z burmistrzem miasta przyszły nas pożegnać, przygotowane przez nich nieduże bukiety kwiatów. Gdy około 11-tej przed południem pociąg wreszcie ruszył, dały się słyszeć okrzyki wiwatów zgromadzonych na peronie tłumów. W ten sposób opuściliśmy Stryj.
Nasi „ordynansi” (pocztowi) jechali obok nas w wagonie trzeciej klasy. Cywilne manatki wszystkich żołnierzy pozostały w magazynie wojskowym w Stryju, na przechowaniu. Jednak ich właściciele nigdy już ich nie odzyskali gdyż po zajęciu miasta rozgrabili je Moskale. Celem załatwienia spraw kwatermistrzowskich oraz przygotowania miejsc dla żołnierzy udających się do Przemyśla, dzień wcześniej wyjechali tam: jeden z oficerów naszego pułku wraz z dwoma podoficerami i kilkoma żołnierzami. Dzięki temu, po przyjeździe mieliśmy uniknąć kłopotów z zakwaterowaniem. Jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna.
Na razie jednak pociąg wlókł się bardzo wolno. Gdy dojechaliśmy do Drohobycza, na peronie zauważyłem komendanta wojskowego stacji, sędziego Bętkowskiego. Był to człowiek rumiany, tęgi i zawsze uśmiechnięty. Gdy pociąg się zatrzymał udało mi się nawet zamienić z nim parę słów. Był najlepszych myśli co do naszej przyszłości. Mówił, że już niedługo wojna się skończy i wszyscy wrócimy do domów. Na koniec poprosiłem go by pożegnał ode mnie mojego szwagra Mikołaja Kiedacza, jego żonę, a moją siostrę Zofię Kiedacz ze Strzetelskich i przekazał im informację, że udaję się do Przemyśla. Wkrótce też pociąg znowu ruszył i późnym popołudniem dotarliśmy do celu. Była to wojskowa stacja Bakończyce, tuż przed Przemyślem. Wyładowaliśmy tam wszystkie nasze rzeczy i w deszczu dość długo czekaliśmy na naszego kwatermistrza. Gdy w końcu się zjawił okazało się, że miejscem naszego zakwaterowania będzie Lipowica, wieś oddalona o jakieś 8-10 km od Bakończyc.
Wciąż przybywały pociągi z nowym wojskiem, deszcz nie ustawał, a my schowani pod drzewami czekaliśmy na wozy taborowe, po które pojechał nasz kwatermistrz. Gdy w końcu podwody przybyły zrobiło się już ciemno. Wśród krzyków i ogólnego rozgardiaszu załadowano rzeczy na wozy, sformowano oddziały i ruszyliśmy w drogę. Ruch był ogromny. Ponieważ ulice były już oświetlone przypatrywano się nam ciekawie i mimo ciągle siąpiącego deszczu dało się odczuć ogólne zainteresowanie i podniecenie wśród gapiów. Gdy tak szliśmy w strugach deszczu zdawało się, że niebo woła do nas „przyszliście bronić Przemyśla, więc marny będzie los Moskali, jeśli pokuszą się o zdobycie tej twierdzy”. Jednak pochód pułku do Lipowicy nie bardzo był przemyślany. Obładowani ciężkimi tornistrami, częścią różnorakich tłumoków, które nie zmieściły się na dostarczone nam furgony, maszerowaliśmy raczej jak rozbita armia w odwrocie, zwłaszcza, że i ciemność i wszechogarniająca wilgoć przeszkadzały w utrzymaniu odpowiedniego szyku i porządku. W końcu dotarliśmy do pierwszej bramy w pierwszym pierścieniu wewnętrznym twierdzy, a tu brama zamknięta. Wartownik pilnujący posterunku zażądał hasła, jednak nasz tępy kwatermistrz zapomniał o nie zapytać w komendzie twierdzy. Na nic zdały się tłumaczenia, że przecież to cały pułk idzie na kwatery. Wartownik strzegący wejścia za okratowaną, żelazną bramą był nieugięty. I nawet mundur Oberleutnanta nie potrafił go skłonić do otwarcia bramy. Wówczas pułkownik Gilli kazał kwatermistrzowi siadać na konia, jechać do komendy i przywieźć znaki rozpoznawcze. Deszcz ciągle padał, żołnierze wciąż mokli, bo nie było się gdzie schronić. Wieczór był chłodny, spać się chciało co raz bardziej, nogi same uginały się od zmęczenia. A tu za bramą, niedaleko jest suche, wygodne posłanie. I co z tego skoro na posterunku, pod dachem, okryty długim płaszczem, stoi jakiś wartownik, służbista, który z drugiej strony bramy tarasuje całą szerokość wejścia. W końcu po godzinie oczekiwania, gdy już nawet najgorsi maruderzy naszego pułku dowlekli się na miejsce zbiórki, zobaczyliśmy zsiadającego z konia naszego kwatermistrza, który podszedł do wartownika i coś mu szepnął przez kraty. Wówczas brama otwarła się, tłum żołnierzy pośpiesznie zaczął przelewać się przez nią. Już wkrótce wszyscy znaleźliśmy się w „Barackenlager Lipowica”. Budynki były przeważnie parterowe, drewniane. Jednak znowu na skutek zaniedbania przez naszego kwatermistrza okazało się, że  miejsca w nich nie zostały odpowiednio rozdzielone i przydzielone dla poszczególnych oddziałów. Na dodatek nie sprawdził też w jakim są stanie i czy w ogóle nadają się na kwatery dla żołnierzy. Gdy zaczęliśmy kwaterować się w poszczególnych barakach okazało się, że część z nich zajęta już wcześniej została przez artylerię, która w najbliższych dniach miała się stamtąd wyprowadzić. Było już po 22-giej więc żołnierze już spali. Nawet nie mieliśmy się kogo dopytać bo i „w menaży” nikogo nie było, a i kantyna też była zamknięta. Sienników i koców też brakowało. Ponieważ każdy był przemoczony do suchej nitki zmarznięty i okrutnie zmęczony więc sam rozmieściłem swoich żołnierzy w wolnych barakach i udałem się na swoją kwaterę. Wprawdzie tę pierwszą noc na nowym miejscu przespałem na podłodze, ale na dobrze wypchanym sienniku i pod dwoma grubymi, wojskowymi kocami. Oczywiście wszystko to dzięki wielkiemu sprytowi mojego adiutanta Jana, który zawczasu zadbał o to. Gdy zrobiłem mu wymówkę, że nie wypada bym spał pod dwoma kocami, podczas gdy wielu żołnierzy nie ma nawet czym się przykryć Jan odpowiedział: „…Panie Lejtnancie, i tak dziś koców dla wielu zabraknie, bo zbyt mało ich fasowano, więc wielu żołnierzy spać będzie przykrytych jedynie pod pałatkami lub płaszczami. Jest przecież wojna, to co się zdobyło to się ma i tego się pilnuje. A Panu jeszcze nieraz nawet pod dwoma kocami będzie zimno, zobaczy Pan…”. Zmartwił się jedynie tym, że jeden z koców był używany, cienki. Po chwili namysłu stwierdził jednak, że jutro postara się go jakoś wymienić. Nie mogłem zaprzeczyć, że Jan ma rację, więc poczęstowałem go papierosem i kazałem iść spać. Rozebraliśmy się przy kopcącej świecy i wnet powszechne chrapanie świadczyło o tym, że choć walka ze zmęczeniem była ciężka, jednak bój wygrany, bohaterski.

cdn...

poniedziałek, 31 lipca 2017

Część 2 - Wierzę, że Naród Polski będzie kiedyś naprawdę mądrze i długo szczęśliwy...

Kolejny odcinek wspomnień brata mojego pradziadka - Mariana Strzetelskiego z czasów I wojny światowej... 


 Rano, wypoczęci i wyspani, poszliśmy we trójkę do miasta, po drodze wstąpiwszy do cukierni na kawę. Byłem strasznie głodny, więc zjadłem też dobry dziesiątek pysznych bułeczek i ciastek. Tak więc rozpoczął się dla mnie kolejny dzień – 3 sierpnia 1914 roku. Z pełnym już brzuchem zaszedłem do koszar, wziąłem z kancelarii pułkowej polecenie do Dowódców organizujących się właśnie batalionów – drugiego, trzeciego i czwartego, dowiedziałem się w których wsiach się organizują. Chwilę posiedziałem w kasynie przy szklaneczce piwa i przysłuchiwałem się rozmowie oficerów siedzących opodal. Słyszałem jak pewna ich część żądała sobie eleganckie z „ekstrafeintuchem” mundury uszyć, przy czym strasznie się wymądrzali (rezonowali). Mówili, że doskonała armia austriacka w ciągu najwyżej trzech miesięcy rozbije armię rosyjską, dlatego też należy się ubrać na tę wojnę jak najbardziej elegancko, by tej dzikiej i obdartej armii rosyjskiej zaimponować. Nie mogłem słuchać już dłużej tych głupich wywodów, więc wspólnie z Władkiem poszliśmy do pułkowego magazynu mundurowego. Pobrałem tam płaszcz, bluzę i spodnie, za co zapłaciłem 57 koron. Spodnie były za duże i za długie więc pułkowy krawiec za drobną opłatą 10 koron skrócił mi je i dostosował do mojej sylwetki. Po obfitym drugim śniadaniu, już sam, bez Władka poszedłem do wsi oddalonej o 13 km od Stryja, gdzie formował się już drugi baon. Tam też po długich utarczkach z dowódcą baonu, upartym niemieckim majorem, wybrałem sobie osiemnastu chwackich żołnierzy, spośród nich naznaczyłem starszego i zaraz kazałem za sobą odmaszerować. Wciąż dopytując się o drogę, już późnym wieczorem, doprowadziłem całą osiemnastkę do miejsca, gdzie poprzedniego dnia pierwszych osiemnastu już zakwaterowało się. Złączyłem ich razem, wypytałem dokładnie o zajęcia zawodowe i dotychczasową służbę wojskową, a najstarszego spośród nich naznaczyłem komendantem. Zrobiło się już bardzo późno, wszędzie ciemno że oko wykol, a w dodatku zaczął padać deszcz. Zmęczenie coraz bardziej zaczęło mi się dawać we znaki. Kazałem więc u wójta wypytać o jakąś kwaterę dla mnie. Wyznaczono mi więc pokój u miejscowego księdza ruskiego. Ksiądz okazał się dość sympatyczny, lecz w trakcie rozmowy zauważyłem, że sprytnie chciał ode mnie wyciągnąć jaki panuje nastrój wśród wojska, jakie plany ma dowództwo armii itp. Nie będąc zbytnio rozmowny z natury, a ostrożny wobec obcych zbyłem go byle czym i tak też chciałem zakończyć rozmowę. On jednak dalej próbował podtrzymać ją i ostrożnie podsuwał mi myśl, że Polacy nie powinni bić się z Rosjanami, a raczej stanąć po ich stronie, by wrogów Słowiańszczyzny – Niemców tym pewniej zgnieść. Jednak moje lakoniczne odpowiedzi widocznie nie zadowoliły go, gdyż nagle nasza rozmowa się urwała. Pożegnałem go więc grzecznie i stanowczo, udając się do swojego pokoju na zasłużony odpoczynek. Zaraz też zasnąłem. Spałem bardzo dobrze. Rano służąca przyniosła mi kubek kawy i chleb z masłem. Po śniadaniu udałem się do Stryja po prowiant. Zabrałem ze sobą jednego podoficera i czterech żołnierzy, którzy objuczeniu pełnymi workami i skrzynkami wrócili do wsi. Zaś ja wspólnie z podoficerem poszedłem szukać miejsca postoju trzeciego batalionu. Po drodze, w jednej z kolejno mijanych pobliskich wsi znalazłem niespodziewanie czwarty batalion. „Asenterunek” odbywał się w tamtejszej karczmie mającej kilka wyjść. Co chwila widziałem wychodzącego z karczmy na werandę lekarza pułkowego, pisarza wojskowego – Żyda, „zugsfurera” – też Żyda i jednego lub dwóch starozakonnych, którzy dość głośno (w żargonie, który zrozumiałem) i namiętnie kłócili się o wynagrodzenie za uwolnienie z wojska zgłaszających się tam Żydów. Po uzgodnieniu ceny, następowało liczenie i do rąk lekarza przechodziły szeleszczące banknoty. Podobno dwaj nafciarze z Borysławia, Żydzi, zapłacili razem za uwolnienie na cztery tygodnie z wojska nie małą kwotę 25-30 tysięcy koron.

                                                                           Stryj - rynek

Zameldowałem się w karczmie i zażądałem, że z polecenia Dowódcy Pułku mam wybrać sobie osiemnastu żołnierzy. Zaczęto wtedy kręcić i robić jakieś trudności, mówiąc, że spisy jeszcze nie uporządkowane, że jeszcze lekarz po raz kolejny bada nowo przyjętych rekrutów i że w ogóle to jeszcze nie pora. Więc raz jeszcze, tym razem już bardziej stanowczo powtórzyłem moje żądanie i rozkaz Dowódcy Pułku. To pomogło. Było już koło południa. Zwołano więc batalion, a ja kazałem wystąpić z szeregu byłym saperom, stolarzom, cieślom, kowalom, murarzom i spośród nich wybrałem tych osiemnastu, którzy mi się najbardziej podobali. Ludzi tych razem z moim podoficerem odesłałem do wsi, gdzie mój oddział kwaterował i rozkazałem by wszyscy stawili się jeszcze dziś w Stryju przy magazynie mundurowym o czwartej po południu. I tak cały oddział, oprócz dwóch żołnierzy wyznaczonych przeze mnie do pilnowania rzeczy w miejscu zakwaterowania, zameldował się w Stryju.
Ja sam natomiast udawszy się w stronę miasta, odnalazłem tam brata Władysława, odebrałem po poprawkach mundur, przebrałem się weń, przypiąłem szablę do boku i w dobrze już przypasowanym uniformie poszedłem z bratem do restauracji zjeść obiad. Siedzieliśmy tak wygodnie, rozmawiali i kombinowali czy przypadkiem nie udało by mi się dostać w pułku chociaż jednego dnia urlopu, by móc pojechać do Lwowa i pożegnać się kochana Czesiu z Tobą i z Twoimi bliskim. Jednak już wkrótce okazało się, że nie jest to możliwe. Po skończonym obiedzie pożegnałem się serdecznie z Władkiem, zaszedłem potem jeszcze do kancelarii pułkowej i tu dowiedziałem się, że już pojutrze pierwszy batalion ma odjechać do Mikołajowa nad Dniestrem i że mamy tych 18 pionierów tego baonu ubrać, trochę poduczyć i jako batalionowy oddział pionierów oddać odchodzącemu baonowi, a cały pozostały oddział przenieść do innej wsi na kwatery, o parę kilometrów od pierwszej w bok leżącej. Około 17:30 miałem już wszystkie mundury i cały ekwipunek tylko bez karabinów, ale za to z „faschinenmesserami”. Odmaszerowałem więc ze wszystkimi moimi pionierami do wskazanej wsi. Przypasowywanie i zamienianie części mundurowych pomiędzy poszczególnymi żołnierzami nie trwało zbyt długo. Niejaki kapral Cisak, maszynista, ślusarz z Borysławia był komenderującą „szarżą” w mym oddziale. Gdy wróciłem na kwaterę do księdza, kolację dostałem już do mego pokoju. Ksiądz widocznie poprzedniego wieczora niewiele miał pożytku z mego towarzystwa. Całą noc przespałem jak suseł.
Następnego dnia rano, 5 sierpnia, zebrałem oddział, przerobiłem z nimi najprostsze rzeczy saperskie takie jak kopanie rowów strzeleckich, ubezpieczanie linii, naprawę i budowę dróg prowizorycznych, naprawę i budowę mostów, schronów i parę innych rzeczy, jednak z braku tablicy i łopat rysowałem to wszystko na ścianie stodoły, objaśniałem i egzaminowałem tak do południa. Następnie oddziałowi pierwszego baonu kazałem przygotować się do odmaszerowania do Stryja następnego dnia tj. 6 sierpnia 1914 roku.
W między czasie, w zaufaniu, od kaprala Cisaka dowiedziałem się, że jeden z żołnierzy osiemnastego baonu, niejaki Łaskow z Drohobycza, tęgi, rudy i dość sympatyczny człowiek, coś trochę niewyraźny, odgrażał się w rozmowie z innymi, że ucieknie. Kazałem więc go pilnować. Po obiedzie z jednym z podoficerów poszedłem po ostatnich 18 ludzi do trzeciego batalionu. Batalion ten był rozmieszczony w bardzo ładnym dworze, część ludzi rozlokowano w oficynach, a pozostałych w chatach chłopskich. Żołnierze byli już ubrani w mundury i zaczęli nawet ćwiczyć. Spotkałem tam kolegę szkolnego Stanisława Rybotyckiego z Drohobycza, który był w baonie „zugsfurerem” czy też „feldfeblem” oraz Rothenberga – przemysłowca z Drohobycza jak również kilku innych znajomych. Niektórzy z nich koniecznie chcieli przystać do mojego oddziału. Jednak gdy dowiedzieli się, że już jeden oddział z Pierwszym Batalionem wkrótce odchodzi, stwierdzili, że lepiej jest zostać na dawanym miejscu gdyż może właśnie tam łatwiej uda się „wykręcić od służby” lub po prostu „zadekować”.
Dali mi tam dobrze zjeść i pozwolili trochę odpocząć. Z osiemnastką wybranych żołnierzy, w tym między innymi Rusinem, niejakim K. Gudoniczym z Doliny czy też Kałusza, „zugsfurererem”, odszedłem do Stryja. Tam ich umundurowałem. Wieczorem wróciłem do wsi na kwaterę. Po kolacji ułożyłem się wcześnie do snu by rano skoro świt znowu wstać i zabrać się do pracy.
6-tego sierpnia 2014 roku, o godzinie siódmej rano odesłałem przygotowaną już do wymarszu osiemnastkę ludzi pierwszego batalionu do Stryja do pułku. Pozostałej reszcie kazałem się spakować i wziąwszy od wójta dwa podwody*, przekazałem kwitki za kwatery, i zostawiłem suty napiwek dla służącej księdza. Ksiądz pieniędzy przyjąć nie chciał, więc pożegnałem Go serdecznie dziękując za gościnę i na czele oddziału ruszyłem w drogę. Błotnista i rozmiękła, gliniasta ziemia, mokra od nocnego deszczu powodowała, że zarówno żołnierze jak i konie obładowane tobołami grzęźli w niej dość często nawet po kolana. Tak więc wlokąc się krok za krokiem dopiero przed samym południem przybyliśmy do wyznaczonej, kolejnej wsi. Przy wydatnej pomocy tamtejszego wójta oddział nasz został rozlokowany lepiej jak poprzednio, a ja zamieszkałem w porządnej gospodarczej izbie. Ponieważ wszyscy byli okrutnie ubłoceni i zmęczeni, więc uwolniłem cały oddział od wszelkich zajęć w tym dniu, a sam postanowiłem przejść się trochę.
Byłem przygnębiony, że do Lwowa nie mogę się dostać, że ja tak blisko, a jednak z powodu warunków służbowych daleko od Ciebie, Czesiu. Już decydowałem się nawet bez urlopu, nikomu nic nie mówiąc wsiąść do pociągu, wpaść na chwilę do Was i znów cichcem wrócić. Ale nie wiem czy to było tchórzostwo z mej strony czy też obawa aby nie być posądzonym o dezercję, dość że siedząc nad młynówką powiedziałem sobie, że nie pojadę. Tyle przecież nasłuchałem się od znajomych o przepełnionych pociągach, o kontroli dokumentów, których jeszcze niestety nie otrzymałem, że głupotą byłoby ryzykować. Oczywiście miałem mundur i szablę, ale to na pewno by nie wystarczyło. Zresztą nawet ostatnio adiutant pułkowy mówił mi bym ludzi nigdzie nie puszczał, był w ciągłym pogotowiu i oczekiwał rozkazu wymarszu, całego pułku, ale gdzie nie wiadomo.
Z rozpaczy, a przy tym i brudu na całym ciele, rozebrałem się i choć chłodnawo już było, poszedłem za przykładem niedaleko kąpiących się w młynówce moich żołnierzy. Wymyłem się cały dobrze w dość czystej, choć nie głębokiej wodzie. To mię trochę orzeźwiło więc wróciłem do wsi. Obszedłem kwatery mojego oddziału, zagadując przy okazji do żołnierzy, po czym, wypiwszy uprzednio ze dwa kubki świeżego mlek i zjadłszy dwie kromki razowego, wiejskiego chleba, poszedłem spać. Spałem na słomie wybornie.
Starszego już żołnierza, bo liczącego około 40 lat Jana Maksymiuka, cieślę z Doliny (cz. Saliny) wybrałem sobie do osobistej usługi. Wybór okazał się później ze wszech miar trafny gdyż choć był Rusinem, ale polityką nie zajmował się. Jan był dla mnie rzeczywiście skarbem. Dbał o mnie jak rodzony ojciec – czyścił, naprawiał, kupował, karmił i o wszystko się pieczołowicie troszczył. Poza tym był nadzwyczaj uczciwy i poważny, do tego stopnia, że nie obawiałem się powierzyć mu nawet do pilnowania większych sum pieniędzy przeznaczonych na wypłaty dla oddziału.

cdn... 

wtorek, 25 lipca 2017

Wierzę, że Naród Polski będzie kiedyś naprawdę mądrze i długo szczęśliwy...

mjr. Marian Strzetelski - wspomnienia z lat 1914-1921 - służba w wojsku austriackim, obrona Twierdzy Przemyśl, niewola rosyjska, wywózka pod Ural, służba w V Dywizji Syberyjskiej płk. Czumy, budowa kolei transsyberyjskiej i szczęśliwy powrót do Polski po wojnie bolszewickiej 1921 roku. 
mjr Maria Strzetelski był bratem mojego pra dziadka Kazimierza. Urodził się w Stanisławowie w 1880 roku jako syn Artura Strzetelskiego i Marii Mossoczy. Zmarł w Kielcach w 1935 roku. Ożenił się z Czesławą Gubrynowicz, która była siostrą Tadeusza, członka redakcji wydawanego we Lwowie "Słowa Polskiego". Marian Strzetelski spędził osiem lat w niewoli rosyjskiej i po powrocie do Polski, gdy w 1922 roku ożenił się z czekającą przez tyle lat na niego wierną narzeczoną, po jej długiej namowie spisał swoje wspomnienia. Poniżej prezentuje fragmenty tych wspomnień, nieraz bardzo osobiste. 



                                 Marian Strzetelski i jego żona Czesława Gubrynowicz


W Przemyślu dnia 29 sierpnia 1922 roku...

Od połowy roku 1914 przebywałem w miejscowości Uroż powiatu Drohobyckiego, gdzie pracowałem jako inżynier asystent przy projektowaniu i budowie wodociągów dla miasta Drohobycza. Mieszkałem wówczas w dwóch pokojach oficyny dworu pana Zygmunta Sroczyńskiego, właściciela Uroża. W ostatnich dniach lipca 1914 roku gościłem w domu państwa Gubrynowiczów we Lwowie, rodziców mojej przyszłej żony Czesławy Gubrynowicz. Rozmawialiśmy wówczas o niepokojących pogłoskach nadchodzącej wojny. Pamiętam jak brat mojej kochanej Czesi, Tadeusz Gubrynowicz, opowiadał o tym, jak to jeden z oficerów austriackich siedział w redakcji „Słowa Polskiego” i cenzurował artykuły. Przyznam się, że wówczas zupełnie nie wierzyłem w możliwość wybuchu wojny. Dlatego też po zakończeniu wizyty jak zwykle spokojnie, choć z wielką tęsknotą, pożegnałem się z moją ukochaną Czesią i odjechałem przez Sambor wprost do Uroża.
Piątek 31 lipca 1914 roku był pięknym słonecznym dniem. Były już godziny popołudniowe, a ja wciąż pracowałem na polach uruskich, kontrolując próbne pompowanie studni wodociągowej. Nagle drogą od Drohobycza w szalonym galopie, powożąc chłopski wóz, nadjechał znajomy mój drogomistrz – pan Mieczysław Ogniewski z Podbuża. Wielce poruszony, poinformował mnie, że dziś rozlepiono w mieście Drohobyczu ogłoszenie o powszechnej mobilizacji, że właśnie wybuchła wojna Austrii z Rosją, że w mieście słychać lamenty i krzyki, że jest ogólne zamieszanie i że w ogóle sądny dzień nastał. W pierwszej chwili nie chciałem w to wszystko uwierzyć i z głupim uśmiechem na twarzy zapytałem go, czemu takie bujdy rozsiewa. On jednak z wielką powagą i przerażeniem na twarzy raz jeszcze potwierdził to co przed chwilą powiedział, dodając przy tym, że w myśl ogłoszenia każdy były wojskowy ma się zgłosić do odpowiedniej komendy w mieście. Wtedy dopiero dotarło do mnie to co tak naprawdę się wydarzyło. A więc wojna!
Od razu też uprzytomniłem sobie, że muszę Ciebie Czesiu, któraś się stała dla mnie Najukochańsza i Jedyna pożegnać. Muszę przecież ruszyć w bój za nie swoją, lecz obcą dla mnie sprawę. W tym czasie pracowałem wprawdzie w organizacji cywilno-wojskowej – Polskich Drużynach Sokolich i nawet wykładałem tam służbę saperską, lecz jak inni Polacy wiedziałem, że rząd austriacki ledwie nas toleruje bo wie przecież, że nie za sprawy austriackie lecz za polskie walczyć pragniemy.
Pożegnałem natychmiast pana Ogniewskiego i wróciłem do dworu, narobiwszy uprzednio alarmu w nieopodal rozbitym obozie cygańskim nad rzeką Bystrzycą. Po drodze zaszedłem jeszcze do dworu, do pana Stefana Sroczyńskiego, gdzie właśnie zgromadzona była cała jego rodzina. Wieść którą przyniosłem piorunująco podziałała na zebranych. Jednak grzecznie i stanowczo wytłumaczyłem im, że muszę wrócić do swojego mieszkania by zamknąć księgi czynności, kasę i księgi raportów oraz napisać odpowiednie sprawozdanie, które rano muszę osobiście zawieźć do Magistratu w Drohobyczu i otrzymać tam informację co mam dalej robić. Nie spałem całą noc, pracowałem bez przerwy do 6-tej rano, poczym przebrałem się, poszedłem za rzekę Bystrzycę do zaścianku szlacheckiego po mego stałego woźnicę Bazia Dobrzańskiego. Kazałem mu zaraz zaprzęgać konie i przyjechać po mnie bo pojedziemy do Drohobycza. Przed 8-mą odjechałem. Gdym wjeżdżał po 11-tej do Drohobycza miasto wyglądało jak po jakiejś strasznej katastrofie. Płacz rozlegał się zewsząd. Ludzie biegali jak opętani. Magistrat cały nabity ludźmi. Burmistrz Rajmund Jarosz oraz szwagier mój, dr Mikołaj Kiedacz, sekretarz magistratu, pracowali w pocie czoła wydając karty mobilizacyjne. Oddałem me sprawozdanie i rachunki. Należał mi się jeszcze zwrot wydatków około 150 koron, lecz zamiast tego otrzymałem polecenie rozpuszczenia robotników w Urożu, kartę mobilizacyjną i rozkaz bym otrzymawszy pensję natychmiast wrócił do Uroża, oddał motor, księgi, sprzęty i wszelkie materiały pod ochronę dworu i sam zgłosił się zaraz w komendzie pospolitego ruszenia w Stryju. Nie miałem nawet czasu pożegnać się z moją siostrą Zofią (Zofia ze Strzetelskich Kiedaczowa) oraz jej dwojgiem malutkich dzieci (Zbyszkiem i Marysią). Szybko zabrałem jedynie pensję i zaraz po 12-tej odjechałem do Uroża. Zmęczony byłem strasznie, konie tak wolno wlokły się, że dopiero o 4-tej po południu dotarłem do Uroża. Ludzi uwolniłem, wykąpałem się, ubrałem w najgorsze ubranie, zabrałem ze sobą parę sztuk bielizny i najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, pożegnałem z żalem kilkanaście słoików konfitur, które dla Ciebie Czesiuniu przygotowałem, oddałem klucz we dworze i końmi odjechałem około 7-mej wieczór do Sambora.
Stacja w Samborze była totalnie zabita ludźmi, tak że ani w przechowalniach ani w restauracji nie było miejsca, więc musiałem zaczekać na peronie. Do Stryja przyjechałem dopiero po 2-giej w nocy już 1-go sierpnia 1914 roku. W Stryju oczywiście na stacji tłok kolosalny, wszystko ludźmi zabite, nawet na peronie pokotem leżeli, tak że o przejściu mowy nawet nie było. Zaraz w nocy znalazłszy jakąś dryndę „bałaguły” żydowskiego pojechałem szukać „Landstrumkomando”. Nałaziłem się z walizką dość długo, jednak „władzy” nie znalazłem, więc wielce znużony powróciłem na stację. Po dłuższym oczekiwaniu znalazłem w końcu opuszczone co tylko krzesełko przy stole restauracyjnym na peronie i tak oparłszy zmęczoną głowę na kułaku, a nogi trzymając na walizce przetrwałem do 8-mej rano. Po przebudzeniu udało mi się dostać jeszcze szklankę kawy i bułkę, poczym, znów z walizką wybrałem się w poszukiwaniu „komendy”. Łaziłem cały dzień, posilając się kupionym chlebem i szynką, byłem w różnych koszarach, lecz wszędzie posterunki odpowiadały mi, że to nie tu. Wciąż wskazywano mi inne gmachy. O żadnym hotelu mowy nie było, jak również mieszkaniu prywatnym. Nic nie wskórawszy, zmordowany wróciłem więc na bezpłatny nocleg na dworzec kolejowy. Lecz już nie miałem tego szczęścia co wczoraj. Musiałem więc zadowolić się kawałeczkiem wolnego miejsca na posadzce peronu. Po wypiciu szklanki gorącej herbaty i zjedzeniu kawałka chleba z masłem, mając walizkę pod głową, przykryłem się „harelokiem” wiatrem podszytym i udawałem że śpię. Nie mogłem jednak zasnąć, więc tak leżąc, rozmyślałem o tym czy dobrze zrobiłem, że w roku 1911 nie wniosłem podania do Ministerstwa Władz Wojskowych o pozostawienie mnie w rezerwie oficerów, gdyż inaczej automatycznie przeszedłbym do „Landsturmu” jako szeregowiec. Wszyscy uważaliśmy, że dość mamy pisania tych corocznych „Hauptraportów”, a już stanowczo pisania podań o pozostawienie w rezerwie. Dlatego też podania nie wniosłem. Za to jednak musiałem zgłosić się do mobilizacji w Stryju i niestety przepadła możliwość pożegnania się z ukochaną Czesią we Lwowie. Choć kto wie jak dalej potoczyłyby się moje losy. Czy przydzielony gdzie indziej nie byłbym już dawno zgnił w ziemi.
Zastanawiałem się również co robić ze sobą. Władze wojskowe austriackie widocznie mnie nie potrzebują kiedy tak dobrze „zadekowały się”, że ich znaleźć nie mogę. Po cóż ja właściwie mam zgłosić się do wojska? Czy po to by bronić CK austriackiej ojczyzny? Nie, nie z CK patriotyzmu chciałem mundur przywdziać, lecz dlatego, że jako były oficer znałem przepisy wojenne i wiedziałem, że nie zgłosiwszy się będę uznany za dezertera i będę podejrzany o tchórzostwo, a tchórzem przecież nigdy nie byłem i nie będę. Choć i o bohaterstwie, zwłaszcza w austriackiej służbie przecież nie myślałem. Cóż zresztą miałem zrobić? O jakiejś tajnej pracy polskich organizacji nie wiedziałem nic, gdyż żyjąc na wsi i nie stykając się prawie od kilku miesięcy z Sokołem Drohobyckim nie miałem pojęcia o tego typu działaniach. Zdecydowałem zatem, że bez pietyzmu, a tylko spełniając obowiązek państwowy, wzdrygając się tylko przed zarzutami tchórzostwa, muszę przywdziać ten CK mundur i mieć wciąż oczy otwarte na co się tu wokoło mnie dzieje. Przygnębiony wszystkimi tymi myślami oraz faktem, że nie mogę się z Tobą zobaczyć najdroższa Czesiu, postanowiłem udać się znowu do miasta. Okrutnie zmęczony, nie umyty i nie wyspany, z trudem wypiłem kolejną szklankę herbaty, zebrałem się w sobie i po raz kolejny skierowałem w stronę miasta.
Budził się kolejny dzień, 2 sierpnia 1914 roku. W końcu poszczęściło mi się, gdyż stojąc przed bramą jednych koszar ujrzałem znajomą twarz ubranego w mundur „pana kaprala”, który przechodząc przez „hof”, okazał się być moim rodzonym bratem Władysławem. Z radością zawołałem go, padliśmy sobie w ramiona, a on wziął mnie na górę, do izby gdzie mieścił się tylko co nowo zawiązany kurs ćwiczeń wojskowych nauczycieli ludowych. Tam rozgadaliśmy się na dobre. Dowiedziałem się od Niego, że mieszkanie nasze kawalerskie we Lwowie na ul. Wyspiańskiego 15 zostało pod opieką gospodyni, gdyż ostatni z trzech lokatorów pan Bauman, kolega Władka dziś właśnie do wojska w Stryju został skierowany.
„Landsturmkomando” mieściło się w tych samych koszarach, w których spotkałem Władka, zostawiłem więc u Niego walizkę i poszedłem zgłosić się w dowództwie. Zaraz też reaktywowano mnie do stopnia „lejtnanta” i jako saperowi kazano mi zorganizować pułkowy oddział saperów, którego miałem zostać komendantem. Pułk 33 Landsturmu (Landsturminfonterier Regiment) dopiero co się organizował, każdy baon z innej wsi, z napływających wciąż nowych „landsturmistów”. Ostatecznie otrzymałem zatem zadanie bym zaopatrzony w legitymację wojskową poszedł do każdego z czterech dopiero co organizujących się batalionów i według własnego uznania wybrał po 18 żołnierzy - saperów lub też nadających się do tej służby rzemieślników. Wybranych już ludzi miałem zorganizować, skupić na kwaterach w którejś z okolicznych wsi, ubrać, wyekwipować i na koniec zdać w Dowództwie Pułku sprawę z tego co udało mi się zrobić. Zaraz też za to zlecone zadanie otrzymałem pierwszą gażę oficerską, dzięki czemu wspólnie z Władkiem poszliśmy kupić dla mnie szablę feldbindę i czapkę oficerską. Potem w restauracji zjedliśmy drugie śniadanie, powróciliśmy do koszar, skąd Władek poprowadził mnie do sąsiedniej wioski gdzie właśnie organizował się pierwszy batalion. Osiemnastu ludzi otrzymałem już po południu. Spisałem ich, a najstarszemu „zugsfurerowi” Łośkowi z Drohobycza poleciłem odprowadzić ich i zakwaterować w sąsiedniej wsi o osiem kilometrów oddalonej od Stryja, gdzie następnego dnia miał otrzymać ode mnie dalsze rozkazy.
Bardzo oryginalnie przedstawiało się takie organizowanie batalionu. Ogromne pastwisko, usytuowane z dala od wsi, obok wijąca się rzeczka, nieopodal tartak. Na błoniu przeszło dwa tysiące zgłaszających się „landstrumistów”, wielu z żonami, kochankami, matkami, dziećmi rozłożonych po całym obszarze. Wszyscy zajadają się przyniesionymi smakołykami, baraszkują, płaczą, śmieją, rozmawiają, ściskają się i piją dla dodania sobie otuchy. Pośrodku pastwiska stoi stół prosty, dwa krzesła i ławka. To tam urzęduje komisja kwalifikacyjna. Wyrok „tauglich” lub „untauglich” decyduje o tym czy dany osobnik ma przejść na stronę stojących obok zakwalifikowanych do służby, czy też z kartką uwalniającą dostać się zaraz w objęcia ojca, matki lub żony, którzy nie kryją radości, że nie stracą jakże potrzebnego w gospodarstwie pracownika.
Wspólnie z Władkiem, dość już późno po południu wróciliśmy do koszar. Zaraz też zdrzemnąłem się z godzinkę na sienniku, uprzednio zjadłszy „menaż” wojskową. Wieczorem przyszedł Bauman i już we trójkę poszliśmy do miasta zjeść kolację. Do koszar nie chcieliśmy wracać, bo tam strasznie pchły żarły, więc Bauman zaproponował byśmy wspólnie poszli do jego ciotki, która mieszkała gdzieś na przedmieściu Stryja. I udało się nam. Była to właściwie pierwsza nasza przespana noc po trzech poprzednich bezsennych.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Wielkanocne życzenia 2017 roku

Kochani, 
Dzisiaj jest WIELKI CZWARTEK, to dzisiaj rozpoczyna się TRIDUUM PASCHALNE, najważniejsze wydarzenie w roku liturgicznym. Przed nami Wielki Piątek, Wielka Sobota i  w końcu Wigilia Paschalna i Niedziela Wielkanocna. Już czuć atmosferę tych Radosnych Świąt. 
Życzę Wam Wszystkim Radosnych Świąt Wielkanocnych, stołu suto zastawionego tradycyjnymi potrawami, przy którym nie zabraknie nikogo z naszych bliskich. Życzę by w tym wspaniałym dniu zagościł w naszych sercach Zmartwychwstały Jezus Chrystus i napełnił je Wiarą, Miłością i Pokojem. Niech te Święta będą nie tylko czasem wytchnienia i odpoczynku, ale przede wszystkim czasem duchowej odnowy. 
Alleluja - Chrystus Zmartwychwstał - Prawdziwie Powstał.... :) :) :) 




sobota, 2 kwietnia 2016

KRESOWE WSPOMNIENIA RODZEŃSTWA Z CZASÓW II WOJNY ŚWIATOWEJ - UCIECZKA Z KAŁUSZA, PRZYJAZD DO KOZŁOWA, POTEM KALWARIA ZEBRZYDOWSKA I BOMBARDOWANIE W BORZĘCINIE ...  Film ten jest poświęcony pamięci mojego ojca, który zmarł 23 lutego 2016 roku...
https://youtu.be/vQRYoEFnEuw




niedziela, 28 lutego 2016

Odszedł mój Tato JULIUSZ ANDRZEJ STRZETELSKI (1938-2016)

Dnia 23 lutego 2016 roku, zmarł mój tato Juliusz Andrzej Strzetelski. Przez ostatnie miesiące zmagał się z chorobą nowotworową. Powoli, nie chcąc być dla nikogo ciężarem odchodził. Tydzień przed śmiercią mówił mi, że śni mu się moja mama i wydaje Mu się, że woła Go do Siebie. Tęsknił za Nią. W końcu w poniedziałek 22 lutego 2016 roku został odwieziony do szpitala, gdzie po ciężkiej operacji zmarł następnego dnia. Wielki żal ogarnia me serce. Jednak jest też i nadzieja, że kiedyś będzie mi dane spotkać się z Nim i wspólnie cieszyć się Radością Zmartwychwstania.


Tato urodził się w 1938 roku we Lwowie, jako syn Czesława i Anny zd. Marek. Całe swoje życie poświęcił nauce. Przez 45 lat pracował w Instytucie Zootechniki w Balicach k/ Krakowa. Był autorem lub współautorem około 500 publikacji naukowych.

Tato, będzie mi Cię bardzo brakowało. Odpoczywaj w pokoju.  





środa, 10 lutego 2016

CZAS JAK WANDAL PĘDZI I STAWIAJĄC SWĄ NOGĘ NA PROCH ŚCIERA NAWET WSPOMNIENIA

Powyższy tytuł to tytuł książki na temat historii mojej rodziny, którą postanowiłem w końcu napisać. A czytelnik niech sam oceni czy przedstawione tu zebrane liczne dokumenty, czy przekazywane z pokolenia na pokolenie opowiadania i nieprawdopodobne historie stanowią podstawę do stwierdzenia, że jest to prawdziwa historia rodziny czy jedynie legenda, którą należałoby między bajki włożyć. 


Wprowadzenie
 Od dłuższego już czasu zajmuję się genealogią swojej rodziny. Pasję tę zaszczepiło we mnie dwóch ludzi. Pierwszy z nich to stryj Wojciech Strzetelski, prof. AGH w Krakowie, syn Zygmunta Strzetelskiego, który już od ponad 40 lat zbiera informacje na ten temat. Gromadzi on i segreguje nie tylko wszelkiego rodzaju dokumenty, zdjęcia czy listy ale i różne zasłyszane przekazy rodzinne. Wszystko to sprawia, że do tej pory zgromadził pokaźną bibliotekę, której nie powstydziłoby się niejedno archiwum. Drugą osobą, której również zawdzięczam moją pasję jest nieżyjący już stryj Janusz Aleksander Strzetelski, syn księgarza z Jasła - Tadeusza Strzetelskiego. To on pewnego razu podarował mi napisaną przez siebie w roku 1999 monografię pt. „Strzetelscy- genealogia rodziny”, która stała się dla mnie swoistego rodzaju „biblią”, z której jak ze źródła czerpałem informacje na temat genealogii mojej rodziny. W pracach nad tą kroniką wykorzystano ocalałe dokumenty rodzinne jak np. metryki urodzin, świadectwa chrztu, zgonu, różnorodną korespondencję, pisemne i ustne przekazy rodzinne, zachowaną ikonografię oraz bibliografię historyczną i genealogiczną bibliotek Narodowych i Cyfrowych w Polsce, na Ukrainie i na całym świecie. To właśnie Janusz Aleksander Strzetelski wspólnie ze swoim bratem bliźniakiem Ryszardem Aleksandrem Strzetelskim oracowali i opatrzyli dodatkowymi wynikami studiów i poszukiwań na przestrzeni lat 1990-1995 zebrany przez Wojciecha materiał i opublikowali w formie maszynowej monografii wydanej jedynie w 10 egzemplarzach. Natomiast pierwsze wstępne opracowanie o rodzinie Strzetelskich znalazło swoje udokumentowanie w publikacji Wydzawnictwa Interpress pt. "Polskie Rody Szlacheckie – Kto jest kim dziś" wydanej w Warszawie w 1993 roku. Obecne opracowanie, które oddaję w Państwa ręce, mam nadzieję, że będzie jedynym uporządkowanym zbiorem wiadomości o mojej rodzinie zawierającym historię od początku XVII wieku do dnia dzisiejszego.
Muszę się przyznać, że będąc młodym człowiekiem nie zwracałem szczególnej uwagi na wszelkiego rodzaju koligacje rodzinne. Nie interesowałem się tym czy mój dziadek miał braci, czy też skąd pochodzili moi pradziadkowie, nie mówiąc już o dalszych członkach rodziny. Wiedziałem przecież, że kochający mnie rodzice i dziadkowie, zarówno ze strony ojca jak i mamy oraz wszelkiego rodzaju wujkowie i ciocie są dla mnie ludźmi bardzo bliskimi, na których zawsze mogę liczyć. I to mi w zupełności wystarczało. Jednak w miarę upływu lat, kiedy Ci ludzie powoli zaczęli odchodzić, wówczas obudziła się we mnie chęć poznania zasłyszanych kiedyś w dzieciństwie i w młodości historii, które zaczęły odżywać i „wołać” o ich utrwalenie i zatrzymanie dla potomności. I wtedy okazało się, że już nie ma tych, którzy mogliby dokończyć tę „niekończącą się opowieść”. Bo tak już chyba jest, że im człowiek starszy tym bardziej chce poznać coś, co na pozór wydaje się być już nie do poznania – i dąży do PRAWDY, którą chyba pozna dopiero po TAMTEJ STRONIE TĘCZY.
Dlatego też postanowiłem właśnie napisać historię mojej rodziny, dla potomnych, dla moich trzech synów, aby kiedyś mogli opowiedzieć swoim dzieciom i wnukom o swoich przodkach, aby mogli być z nich dumni i szczycić się nimi. Bo przecież członkowie rodu Strzetelskich to przeważnie ludzie z natury spokojni, chociaż dość często impulsywni. Dobrotliwi oraz skromni, kochający wolność i przyrodę, często charakteryzujący się silnymi indywidualnościami, nierzadko o temperamentach dominujących, które można by zdefiniować jako sangwinistyczno choleryczne. Cenią sobie godność osobistą i szlachetność. Są przeciwnikami zakłamania i obłudy. Odważni, o wysokim poczuciu honoru i odpowiedzialności, ambitni i pracowici. Filantropi ale rozumni, umiejący odróżnić prawość od bezprawia. Powszechnie tolerancyjni wobec bliźnich, jednak bezkompromisowi w obronie słusznych racji. Prawdziwi patrioci. Szanujący prawo i zwyczaje. Wierni swoim zasadom i przyjaźniom. Wśród Strzetelskich nie spotyka się karierowiczów i złoczyńców. Przywiązani do rodziny, w życiu hołdują konserwatywnym obyczajom na gruncie ortodoksyjnej religijności.
Gdy prześledzi się historię rodziny począwszy od połowy XVIII wieku aż do dzisiaj wyraźnie widać, że dla wszystkich tych przedstawicieli rodu, którzy na trwałe zapisali się na kartach historii, wartości te, to nie tylko puste frazesy. Wiele pokoleń Strzetelskich w sposób niezwykle poważny traktowało szeroko pojęty patriotyzm. Świadczyć może o tym wypowiedź, zmarłego w 2007 roku stryja Janusza Aleksandra Strzetelskiego, który tak wspominał stosunki panujące w rodzinie:
[...] Wszyscy wyrastali w ustalonym systemie wartości, w którym na pierwszym miejscu była rodzina, szacunek dla tradycji i silne poczucie tożsamości. Kształtowanie się tradycji wynikało z religijnych zasad moralnych i ideałów rycerskich. Wszyscy wychowywani byli dla dobra ogólnego z ustalonym systemem wartości i z poczuciem odpowiedzialności, co decydowało o realnym patriotyzmie, wyrażającym się przede wszystkim w pracy dla dobra ojczyzny. Niewątpliwie wartości te były spuścizną po przodkach wyrastających w burzliwych dziejach naszej ojczyzny […].
Ta właśnie tradycja czerpana z wielkiej miłości moich przodków do Ojczyzny odegrała znaczącą rolę w patriotycznym wychowaniu wielu pokoleń Strzetelskich.
Obszerna kronika mojej rodziny przedstawia dzieje rodu od zarania, to jest od połowy wieku XVIII-tego, po czasy nam współczesne. Opiera się przy tym prawie w całości na materiałach archiwalnych i obfituje w cytaty z tych źródeł. Nie zabrakło w niej również informacji o licznych przekazach rodzinnych, które wprawdzie nie zawsze zweryfikowane, jednak z punktu widzenia poznawczego pozwoliły, ze sporą dozą prawdopodobieństwa, na rozszerzenie informacji o rodzinie. Z tych to też względów Kronika ta posiada znaczną wartość, nie tylko naukową i poznawczą, ale i również stanowi cenny przyczynek do dziejów rodów polskich. Jednak do tej pory nie ukazał się drukiem. Dlatego też jako spadkobierca historii mojej rodziny postanowiłem spróbować zebrać w całość, uzupełnić w miarę możliwości brakujące informacje, a efekty mojej pracy zamieścić w tym oto opracowaniu. Będę próbował również poszerzyć tę historię o informacje na temat rodziny mojej mamy Jadwigi Strzetelskiej zd. Waligórskiej, mojej żony Katarzyny Strzetelskiej zd. Paluchniak oraz innych przedstawicieli rodziny pośrednio lub bezpośrednio związanych z nazwiskiem Strzetelski. Co z tego wyszło drodzy czytelnicy, oceńcie już sami.
Chciałbym również, aby książka ta była nie tylko przykładem dobrze napisanej genealogii rodziny, nie tyko formą przedstawiania suchych faktów genealogicznych, ale przede wszystkim próbą kompilacji przeplatających się ze sobą i uzupełniających nawzajem fabuły, narracji, licznych przekazów rodzinnych, materiałów z obszernych źródeł archiwalnych oraz ostatnich odkryć genealogicznych. Dlatego też znajdziecie tu wiele, na pozór wydawałoby się nie związanych bezpośrednio ze sobą opisywanych zdarzeń, zarówno na temat prezentowanych postaci jak i historyznych uwarunkowań, w których przyszło im żyć i działać. Po głębszym jednak przeanalizowaniu i zastanowieniu, okazuje się, że zabieg ten był niezbędny celem wyjaśnienia zawiłych okoliczności i historii związanych z prezentowanymi osobami. Bardzo chciałbym również by postaci przedstawiane w tej książce miały swoją duszę, by pomimo upływu tylu już lat w dalszym ciągu były żywe i przemawiały do nas z każdą przewracaną stroną tego opracowania.
A więc do dzieła!

Rozdział 1.
Kresy odległe a jednak wciąż tak bliskie - z tej ziemi moje korzenie
Pomimo tego, że urodziłem się w Krakowie, to jednak samo wypowiedzenie słowa Kresy przenosi moją myśl i pamięć nad Dniestr, Prut, Bystrzycę i Czeremosz, na stoki Czarnohory, do Zbaraża, Kobrynia, Buczacza i Brodów, do Kamieńca Podolskiego, Kałusza, Halicza, Uścia Zielonego, Mariampola i Jezupola, do Czerniowiec, Sambora, Drohobycza, Borysławia i Truskawca, a w końcu do Wilna i Lwowa - tych wspaniałych miejsc które znam jedynie z historii lektur oraz z nielicznych opowiadań mojego ojca i dziadka, gdyż nasze wspólne korzenie sięgają właśnie tych terenów. Tę wspaniałą „Kresową Atlantydę”, na przestrzeni ostatnich paru lat, pięknie opisał w swoich książkach prof. Stanisław Nicieja. Niezwykle plastycznie i z wielkim humorem przedstawił on historie miast kresowych i ludzi w nich żyjących oraz oddał w nich klimat epoki, która już dawno minęła. Kresy, niby tylko przebrzmiały szczegół historyczny, a jednak nie tylko ja reaguję na to słowo ciągle żywo. Kresy jednoznacznie kojarzą mi się z tymi obszarami, które znajdowały się dawniej na wschodnim obrzeżu Rzeczypospolitej. Samo słowo kresy można wywieść ze staropolskiego określenia granicznych stanowisk wojskowych strzegących Podole i Ukrainę przed najazdami Tatarów i napadami hajdamaków, gdzie służba była tam pełniona według tak zwanej „kresy”, czyli kolejności. W odległej tradycji ziemie od Krakowa po Lwów stanowiły „Rzeczpospolitą Królewską”, natomiast ziemie wysunięte bardziej na wschód nazywano „ziemią hetmańską” i przez to - kresową.
Zofia Kossak-Szczucka w powieści „Pożoga” tak pisała o kresach południowo-wschodnich, w których spędziła lata młodości:
„…Kresy… bogate, stare, piękne słowo. Jest w nim obszar i przestrzenność, bezkres równin falujących, oddalenie od świata i wicher stepowy. Dla każdego z tamtej strony zawiera w sobie treść ojczystej ziemi, jej barwę, kształty i woń...”
Z kolei Stanisław Zdziarski w opracowaniu z roku 1898 na temat zapomnianego kresowego żołnierza i poety, uczestnika Powstania Listopadowego - Maurycego Gosławskiego, tak opisuje tereny dawnych kresów – Podola:
…”tam czuje się człowiek swobodnym, wesołym jak leśny ptak, a oko goni ciągle w przestrzeń niezmierzoną wonną, świeżą, młodą, co go nowym życiem napoić potrafi, nucąc do ucha tajemniczą pieśń. A pieśń ta prawi bez wytchnienia jakiś dziw nad dziwy. Oto jeden krajobraz. Szmat ziemi na kształt równiny stepowej, bujną trawą pokryty, wśród której pstrzą się polne kwiaty, w dali na wyniosłości widnieje ciemny las. A dołem przewija się modra wstęga rzeki, nad którą pochyliły się płaczące wierzby potrząsając srebrzystymi włosy, a dalej tam dalej kilka krzaków głogu i kaliny, a tam przepaścisty jar. Wszędzie uroczysta cisza, ani szmeru liści nie usłyszysz. Wszystko zda się śnić”...
Sam poeta Maurycy Gosławski w znanym kresowym wierszu pt. „Dumka” tak z sentymentem wyrażał swoją tęsknotę za tą ziemią:
...Gdyby orłem być! Lot sokoła mieć!
Lotem orłem lub sokołem uosić się nad Podolem,
Tamtym życiem żyć.
Droga ziemia ta, myśl ją moja zna!
Tam największe szczęście moje, tam najpierwsze niepokoje,
Tam najpierwsza łza!
Tam bym noc i dzień, jak zaklęty cień
Krążył nad nią jak wspomnienie,
Pierś orzeźwiał, czerpał tchnienie
Z tamtych lubych tchnień...

W obszernej literaturze XVIII i XIX wieku kształtował się bardzo silny mit etosu rycerskiego, ukazujący wzorce sarmackiej fantazji i odwagi, niezwykłych bohaterskich czynów, które były związane właśnie z pograniczem Polski. Prawdopodobnie słowa "Kresy" użył po raz pierwszy Wincenty Pol w poemacie, pt. „Mohort” powstałym jeszcze w latach 1840-1852. Używając tego słowa miał on na myśli czasy, gdy Korona jako część Rzeczypospolitej Obojga Narodów sięgała po Zaporoże, Sicz, i Połtawę oraz po Dzikie Pola, ogarniając także Kijów i Czernichów. Poeta sugestywnie scharakteryzował życie i obyczaje kresowych żołnierzy. Tytułowy bohater to ostatni rycerz dawnej Rzeczypospolitej niezłomnie trwający na swym posterunku:
…”Bo trzeba wiedzieć, choć nie było wojny
Przecież na kresach rzadki dzień spokojny.
Humańskiej rzezi pamięć była świeża,
A bojaźń dżumy trzymała żołnierza
I dniem, i nocą na czacie granicznej;
Bo potrzeba wielka, a człek nie był liczny.
Tam na dwór jakiś Tatarzy napadli
Na nadgraniczu i cerkiew złupili,
To znów Kozacy nam tabun ukradli,
Czeladź uwiedli i wioskę spalili,
Czasem i łotry od multańskiej dziczy
Wtargnęli, siłą dostawszy języka,
Czasem też nasi, tak, na ochotnika
Ruszyli sobie na odwet ku Siczy”…
Wydane w roku 1855 dzieło Wincentego Pola wzbudziło wręcz istny entuzjazm zarówno wśród czytelników jak i ówcześnie żyjących pisarzy, poetów i krytyków sztuki. Nie szczędzili Polowi pochwał wybitni pisarze jak Zygmunt Krasiński, Aleksander Fredro, Seweryn Goszczyński, Kornel Ujejski, Władysław Syrokomla czy w końcu sam Józef Ignacy Kraszewski. Stało się tak dlatego, że w tym wspaniałym rapsodzie rycerskim autor pokazał prawdziwy "kodeks miłości ojczyzny". Nawet sam wielki Henryk Sienkiewicz powiedział, że postać Mohorta jest …”posągiem tego, co w tradycji było dobrym, a posągiem tak wspaniałym, że trudno oderwać od niego oczu"….Nie były to pochwały przypadkowe, skoro pomiędzy trylogią Henryka Sienkiewicza, szczególnie zaś „Ogniem i mieczem”, a poematem Wincentego Pola dostrzec można wyraźne powinowactwo.
Od tego czasu słowo Kresy zaczęto wprowadzać na stałe do kanonu najważniejszych pojęć dla świadomości narodowej i politycznej Polaków – w nauce, publicystyce czy w końcu literaturze. Definitywnie przyjęto, że pisane dużą literą KRESY to nazwa geograficzna obejmująca różne ziemie dawnego pogranicza uznane powszechnie za obszar polskiej swojskości. Początkowo, geograficznie Kresy utożsamiały się z obszarem tzw. Ziem Zabranych, czyli obszaru pomiędzy granicą Królestwa Polskiego a granicą Rzeczypospolitej sprzed 1772 roku. Dopiero po 1918 roku kresami stały się ziemie położone wzdłuż całej granicy wschodniej, z dwoma najważniejszymi ośrodkami – Wilnem i Lwowem, których wcześniej za kresowe nie uważano. Należy pamiętać, że Kresów nie można traktować jako jakichś peryferii, bardzo odległych od centrów życia umysłowego. O istotnej roli tych terenów przekonują nas choćby osiągnięcia różnych naukowców i badaczy z dwóch najważniejszych ośrodków akademickich: Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie oraz Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.
Słowo kresy, jak podaje Słownik Języka Polskiego, oznacza "część kraju leżącą blisko granicy - inaczej pogranicze". W pamięci współczesnego Polaka Kresy kojarzone są z dawnymi wschodnimi terenami Rzeczypospolitej, z czasów sprzed II wojny światowej. Te Kresy są już nieuchwytne i ulotne. Zarazem dawne, gdyż zostały utracone bezpowrotnie. Dopiero teraz zaczynamy je cenić i tęsknić za nimi. Są tak wyidealizowane, iż stają się czymś na kształt Raju Utraconego. Po II wojnie światowej, w wyniku splotu różnych okoliczności historycznych wielu Polaków znalazło się poza granicami historycznej Ojczyzny – Rzeczypospolitej Polskiej. Losy naszych rodaków w krajach byłego Związku Radzieckiego to bardzo smutna karta w historii Narodu Polskiego. Pomimo jednak nieubłaganego upływu czasu i zmian pokoleniowych polskość i świadomość przynależności do Tego Narodu są dla Polaków z krajów wschodnich, czyli dawnych Kresów, podstawą poczucia własnej godności i stanowią tę esencję, która spaja nas wszystkich w jeden Naród Polski.
Józef Piłsudski w swoich pismach i przemówieniach bardzo często wypowiadał się na temat znaczenia Kresów dla polskiego życia zbiorowego. W jednym z nich czytamy: "Wszystkie narody, wszystkie państwa mają swoje Kresy. Nieszczęśliwy i zmienny jest los grodów i siół kresowych. Gdy wicher się zrywa, wstrząsa przede wszystkim posadami ich budowli. Gdy chmura się zbierze, ostry grad siecze przede wszystkim właśnie ziem kresowych jamy. Gdy grzmią pioruny, przede wszystkim tu w wieżyce i domy uderzają... A jednak głębokie jest w tym szczęście. I nie szczęście z dumy wielkiego cierpienia i wielkiej ofiary, i nie szczęście ze zwiększonej rozkoszy mocowania się z dolą i zwyciężania własnymi siłami losu– lecz głębokie szczęście, rzewne i ciche, nawet dziecięco naiwne, płynące z wiary w idealne pierwiastki własnej kultury."
Ta właśnie wypowiedź wyrażała mądrą, prawdziwą i głęboką miłość Piłsudskiego do Kresów oraz głęboką o nich wiedzę. Kresy znał bowiem Piłsudski na wiele różnych sposobów. Tam przecież spędził dzieciństwo oraz młodość. Walcząc skutecznie o Kresy nie szczędził swego żołnierskiego trudu, a w swych działaniach politycznych bardzo mocno o nie zabiegał. Czytał wreszcie literaturę romantyczną, a szczególnie ukochał poezję Juliusza Słowackiego. Miał zatem prawo do upominania się o wartość Kresów dla życia polskiego. To stało się podstawą działań, które po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku, podjęte zostały przez Piłsudskiego celem związania tych terenów z całością organizmu państwowego – Polski.
Obecnie obserwuje się stale rosnące zainteresowanie problematyką Kresową wśród Polaków zarówno w kraju jak i za granicą. Upadek komunizmu w Polsce w 1989 roku pozwolił nawiązać zerwaną więź z ziemiami za Bugiem. Kraj i ziemie nam zabrane powoli zaczęły coraz głośniej mówić o sobie i upominać się o dawnych ich mieszkańców. Najpierw oczywiście odrodził się polski Kościół na Wschodzie. Od ponad 25 lat wolności, której doświadczamy w Nowej Polsce, zarówno sami wygnańcy z Kresów jak i ich potomkowie, społecznie organizują różnego rodzaju zjazdy, tworzą różnego rodzaju stowarzyszenia i fundują pamiątkowe tablice. Wspólnie porządkują zapomniane cmentarze, by ich dawną pamięć przywrócić dla potomnych. Na rynku księgarskim pojawiają się coraz liczniejsze książki o ziemiach utraconych. Nie tylko pojawiają się nowe tytuły ale wznawiane są również przedwojenne wydawnictwa o Podolu, Wołyniu, o Wilnie i o Lwowie. Organizowane są również liczne wystawy i okolicznościowe odczyty, które mają przybliżyć obraz kresów. Starszym mają przypomnieć kraj młodości, a młodym pokazać, że tam była Polska. Dla wielu starszych osób, pochodzących stamtąd, są to sprawy bardzo ważne i wciąż żywe. Dla innych, zwłaszcza młodych, to już tylko historia, która często, na skutek powiązań rodzinno-genealogicznych, jest na nowo odkrywana.
I tylko szkoda, że brak jest do tej pory jasnej i zdecydowanej polskiej polityki wschodniej. Brak jest ciągle pieniędzy na pomoc i ratowanie stale tam niszczejącego polskiego dziedzictwa kulturalnego. Szkoda, że ani polski rząd ani polski prezydent nie potrafią, a może wręcz nie chcą wziąć w opiekę tamtejszych Polaków. Szkoda, gdyż Kresy - ta ziemia - pomimo, że tak daleka jednak jest bardzo bliska sercu każdego Polaka.
Najbardziej znanym miastem kresowym jest Lwów. Wielką miłością wszystkich mieszkańców Lwowa było ich rodzinne miasto. Z dzieciństwa pamiętam moją babcię Anię, która przed wojną mieszkała na Łyczakowie na ul. Św. Marka. Nieraz strofowała mnie mówiąc, że jestem nieznośnym "baciarem". Z wielkim przejęciem potrafiła opowiadać o swoim mieście. Z opowiadań tych wyłaniał się obraz miasta cudownego, pełnego radości, miłości, czasem beztroskiego i wręcz nierealnego. Miłość mojej babci do Lwowa była miłością pełną żarliwej tęsknoty za opuszczonym nie z własnej winy domem rodzinnym. Ponad 80 lat temu Kornel Makuszyński pisał o lwowiakach tak:
Lwowianin jest opętany przez wielką czarownicę – duszę Lwowa. Powietrze Lwowa jest uśmiechem i pogodą. Dusza Lwowa, co go napełnia, ma jasne, najuczciwsze, najszczersze oczy. Rozmiłowana jest w śpiewaniu, nie znosi gorzkich żalów, jęków i postękiwań. Cierpi jedynie na serdeczną chorobę: wszędzie i u wszystkich szuka miłości. Jest nieprawdopodobnie gościnna i wyciąga ramiona do każdego przybysza, dlatego też każdy, co choćby raz jeden był we Lwowie, jest od razu w tym mieście zakochany. Cóż tych pomyleńców tak łączy? Otóż to jest właśnie tajemnicą Lwowa, uroczą, śliczną tajemnicą tego miasta. Sprawia to czar, który to miasto rzuca na każdego, co się tam urodzi lub długo w nim przebywa. Każdy człowiek kocha swoje miasto, czasem je uwielbia, zawsze do niego tęskni. Uczucie jednak, jakie żywi lwowianin dla Lwowa, nie jest już miłością, jest – szczerze to mówię – jakimś opętaniem. Turek tak nie wielbi Mahometa. Czasem dziecko nie kocha tak ojca. Żeglarz nie kocha tak morza. Romeo nie kochał tak Julii. Daję na to uczciwe, lwowskie słowo honoru...”.
Teraz, mając już ponad pół wieku życia za sobą, gdy wkroczyłem już w „słuszny” wiek, wiem dlaczego można bez reszty oddać swoją duszę i serce miastu swojego dzieciństwa i młodości. Sam wprawdzie od urodzenia mieszkam w Krakowie (krakusem był mój dziadek Tadeusz Waligórski, ojciec mojej mamy), jednak korzenie moje związane z Kresami i Lwowem (ojciec mój urodził się w tym mieście) ciągną mnie nieustannie w tym kierunku. Odkrywanie swojej tożsamości i zgłębianie historii stron rodzinnych moich dziadków i rodziców sprawia, że powoli zaczynam wczuwać się w tę wielką miłość jaką żywili moi przodkowie do Lwowa i ziem ogólnie zwanych Kresami. Dlatego też jestem niezmiernie wdzięczny wszystkim tym, którzy zaszczepili we mnie miłość do tych ziem i sprawili, że staram się pielęgnować pamięć o niej, gdyż jak pisał Tolu z Łyczakowa: ...”Prawda znika jak dym i dla potomności przepada gdy wymrze pokolenie które na nią patrzyło, jeżeli pióro nie udzieli jej swego światła i świadectwa. Nie ma człowieka ani spraw tak wielkich, aby ich czas i niepamięć nie zatarły. VERBO VOLANT, SCRIPTA MANET...”.
Dlatego nie pozwólmy aby galopujący czas zatarł w naszej pamięci historię tej ziemi. Jesteśmy jej to winni. A gdy przybliży się kres naszego żywota prośmy ...”O Maryjo słodka, matko nasza w niebie, kroki nasze prowadź tam do miasta Lwowa, a gdy kres wędrówki ziemskiej się przybliży, pomóż nam tam wrócić jako duch pielgrzymi...”.