niedziela, 13 października 2013

Ciąg dalszy kolejnej wyprawy na Ukrainę - sierpień 2013

Chcąc opowiedzieć chociaż w skrócie historię miasta Sambora należałoby cofnąć się do roku 1241, kiedy to po raz pierwszy pojawiają się wzmianki w dokumentach o tym mieście. Jak już wspomniałem w pierwszej części sprawozdania z naszej tegorocznej wyprawy na Ukrainę miasto Sambor założył wojewoda krakowski Spytko z Melsztyna w roku 1390. Mniej więcej w połowie XVI wieku Sambor został wykupiony przez królową Bonę, która po spłacie długu stała się właścicielką tego miasta. Według legendy przekazywanej z pokolenia na pokolenie podczas polowania w Samborskich lasach Królowa Bona trafiła w szyję jelenia strzałą. W ten sposób  podarowała miastu herb. Niektórzy jednak badacze uważają, że ten herb musiał istnieć znacznie wcześniej, czego dowodem są starodawne pieczęcie miejskie z roku 1533. Na pieczęciach tych przedstawiona jest tarcza, na niej jeleń z przebitą szyją i napis w języku łacińskim mówiący o tym, że to jest właśnie pieczęć miasta Sambora.
Początek XVII wieku obfituje w niezwykle ważne wydarzenia dla miasta. W roku 1604 w pałacu wojewody sandomierskiego w Samborze - Jerzego Mniszcha przebywał car Dymitr Samozwaniec I, który poślubił jego córkę Marynę Mniszchek. W celu zdobycia tronu carskiego Dymitr przedstawił plan wyprawy na Moskwę królowi Zygmuntowi III Wazie. Wiele wpływowych osobistości z Janem Zamoyjskim na czele uznało przedsięwzięcie za szkodliwe dla interesów Rzeczypospolitej. Jednak magnackie rody Mniszchów i Wiśniowieckich wierzyły w nabycie nowych ziem dla swoich domen i rozszerzenie wpływów. 28 września 1604 roku Dymitr Samozwaniec wyruszył właśnie z okolic Sambora z wyprawą na Moskwę. Być może Sambor był dość istotnym miejscem dla Dymitra Samozwańca I nie tylko ze względu na fakt, że stamtąd właśnie wywodziła się jego przyszła żona caryca Maryna Mniszchówna lecz być może i dlatego, że sama nazwa Sambor, od którego wywodzi się również męskie imię oznacza kogoś, dla którego w życiu najważniejsza jest sama walka.
Po rozbiorach Polski pod koniec XVIII wieku miasto znalazło się pod zaborem austriackim. Od połowy XIX wieku do początku XX wieku rozwojowi miasta sprzyjała między innymi budowa linii kolejowych do Drohobycza, Stryja, Borysławia, Przemyśla oraz Lwowa. Wojska rosyjskie, które zajęły Sambor podczas I wojny światowej dokonały licznych zniszczeń w mieście. Po rozpadzie monarchii austro-węgierskiej i odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1919 Sambor po 147-letniej niewoli powrócił do Rzeczypospolitej. Miasto zostało stolicą powiatu województwa stanisławowskiego. Na miejscu dawnego zamku Jerzego Miszcha zbudowano szpital miejski. Od 26 września 1939 roku rozpoczęła się okupacja sowiecka, połączona z masowymi aresztowaniami, wywózkami i deportacjami. Tuż przed wkroczeniem Niemców do miasta 27 czerwca 1941 roku Sowieci wymordowali 900 więźniów, głównie Polaków. Ich ciała spalono na miejscowym cmentarzu.
Po zakończonej okupacji niemieckiej (1941-44) i ponownej sowieckiej (1944-91) od roku 1991 Sambor znajduje się na terenie niepodległej Ukrainy.

Chociaż Sambor wyróżnia się spośród innych ukraińskich miast zachowując w sobie  jakąś magiczną atmosferę dawnych wydarzeń, które w sposób niezwykły oddziałują na każdego przybywającego do tego miasta turystę, pomimo tego, że sporo tu architektonicznych oraz kulturalnych pomników przeszłości, to jednak przejeżdżając przez centrum odniosłem raczej niezbyt pozytywne wrażenie. Główna ulica pełna dziur, wszędzie parkujące byle jak i byle gdzie samochody, wszechobecny brud, zgiełk i bałagan oraz nieprzebrane tłumy ciągle gdzieś spieszących, ze spuszczonymi głowami ludzi, zupełnie nie przystaje do miasta, które kiedyś przecież było widokiem wielu jakże ciekawych, historycznych wydarzeń. Odniosłem wrażenie, że z dawnej świetności tego miasta pozostało właściwie niewiele.

Jedna z głównych ulic w Samborze

                   Wnętrze jednego ze zniszczonych i otwartych grobów na cmentarzu w Rudkach



Słów parę na temat miasta Rudki
Miejscowość Rudki charakteryzuje się bardzo ciekawym i wręcz niebanalnym usytuowaniem geograficznym. Otóż okazuje się, że wody rzek i potoków z obszaru zakreślonego granicami administracyjnymi Rudek płyną do dwóch mórz, morza Czarnego i Morza Bałtyckiego. Oznacza to, iż miejscowość usytuowana jest z zegarmistrzowską wręcz precyzją na kontynentalnym wododziale bałtycko-czarnomorskim. Potok Wiszenka przepływający przez granice administracyjne Rudek dzieli się na dwie odnogi, z których jedna skręca na północ i po opłynięciu Beńkowej Wiszni i przekroczeniu granicy z Polską oddaje swe wody Sanowi niedaleko Radymna. Z kolei druga, mniejsza odnoga, zwraca się na południe ku Nowosiółkom Gościnnym gdzie przyjmuje dopływ w postaci cieku wodnego o nazwie Łączny i dąży ku pobliskiemu Dniestrowi. Zresztą podobna sytuacja występuje również w obrębie miasta Lwowa. Rdzenni Lwowiacy podkreślają, iż woda spod prezbiterium kościoła Św. Elżbiety płynie za pośrednictwem rzeki Pełtwy do Morza Bałtyckiego, zaś spod kruchty poprzez Wereszycę do Morza Czarnego.
Usytuowanie geograficzne Rudek koresponduje z ciekawą historią osady oraz jej znaczeniem dla kultury polskiej. Rudki bowiem przez długi, prawie dwustuletni okres (1742 – 1939) pozostawały we władaniu znanego na Rusi rodu szlacheckiego Fredrów, z którego wywodził się wybitny polski komediopisarz Aleksander Fredro. Szlachecki ród Fredrów przez prawie dwustuletni okres, od roku 1742, kiedy to Rudki przeszły w ich ręce po odkupieniu od rodziny Urbańskich, aż do wybuchu II wojny światowej w roku 1939, tak ściśle związał się z tym miejscem, że w świątyni rudeckiej pod wezwaniem Wniebowzięci Najświętszej Marii Panny znajduje się kaplica i krypta w której pochowani są wszyscy członkowie rodziny Fredrów. Ten panteon fredrowski, po prawie kompletnym zniszczeniu w okresie władzy radzieckiej, kiedy to kościół, a z nim również i krypta zostały zamienione na hurtownie spożywczą i aptekę weterynaryjną doczekał się w końcu odnowienia i został uratowany od całkowitego zniszczenia i zapomnienia. W roku 1988 roku polski rząd powołał do życia komisję do sprawy powtórnego pochówku Aleksandra Fredry. Na skutek działań tej komisji świątynia w Rudkach została powtórnie konsekrowana w roku 1989, zaś w roku 1990 odbył się uroczysty, kolejny pogrzeb Aleksandra Fredry i członków jego rodziny. Komisja na której czele stał profesor Zakrzewski ufundowała również kamienną tablicę z napisem:
„Za pontyfikatu Jana Pawła II,
29 września 1990 roku
odbyła się uroczystość ponownego pochówku
Aleksandra hr. Fredry
oraz członków jego rodziny”,

którą przytwierdzono tuż nad wejściem do kaplicy Fredrów.

Co ciekawe, wśród obecnych na uroczystościach pogrzebowych w roku 1990 była także Elżbieta Weymanowa de domo Szeptycka – prawnuczka pisarza. Otóż córka Aleksandra Fredry, Zofia, wyszła bowiem za mąż za Jana Kantego Remigiana Szeptyckiego z Przyłbic i miała z nim siedmiu synów, w tym Stanisława Szeptyckiego – znanego polskiego polityka i generała oraz Andrzeja Szeptyckiego - metropolitę lwowskiego obrządku greckokatolickiego. Tak więc w rudeckim kościele, w jednej osobie, spoczywa zarówno wielki polski pisarz – książę polskiej komedii jak również dziadek ukraińskiego, świętojurskiego metropolity, którego działalność w ogromnym stopniu ukształtowała rozwój ukraińskiego życia narodowego w pierwszej połowie XX wieku.
Obiektem o największej wartości historyczno-artystycznej w Rudkach jest kościół katolicki.


To tam znajdowała się słynąca cudami ikona Matki Bożej, pochodząca ze wsi podolskiej Żeleźnica, która w 1612 roku podczas najazdu tatarskiego uległa zniszczeniu. Po ucieczce Mongołów, w zgliszczach wiejskiego kościoła, znaleziono nieuszkodzony obraz Matki Bożej, namalowany na lipowej desce. Według legendy, wywożący ikonę z Podola - Jerzy na Goraju Curyłło, po przybyciu do Rudek utknął tutaj na dobre, gdyż konie ciągnące wóz nie chciały ruszyć dalej. Curyłło uznał, iż wolą samego Boga jest aby obraz pozostał w Rudkach. Ofiarował go więc miejscowemu kościołowi, a ocalona z pożogi ikona wkrótce zaczęła słynąć cudami, czczona zarówno przez katolików jak i prawosławnych oraz grekokatolików. Świadczyły o tym liczne wota w tym najcenniejsze, tj. złocista lampa ofiarowana przez króla polskiego Jana Kazimierza.

Główny ołtarz z cudownym obrazem Matki Boskiej Rudeckiej

Dnia 2 lipca 1921 roku biskup przemyski Józef Pelczar koronował obraz Matki Bożej Rudeckiej.


Po zakończeniu wojny, kiedy Rudki znalazły się w granicach ZSRR, wiosną 1946 roku świątynia została zamknięta i zamieniona na hurtownię spożywczą oraz weterynaryjną aptekę. Słynąca cudami ikona maryjna została sekretnie wywieziona do seminarium rzymsko-katolickiego w Przemyślu. W roku 1950 obraz został poddany konserwacji, zaś w roku 1968 przekazano go do kościoła w Jasieniu, niedaleko Ustrzyk Dolnych w celu utworzenia ośrodka maryjnego w Bieszczadach. Intronizacji przewodniczył kardynał Karol Wojtyła. Jednak w roku 1992 cudowny obraz został skradziony z kościoła w Jasieniu i do tej pory pozostaje nieodnaleziony. Po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości i odzyskaniu świątyni przez Polaków w roku 1995 do Rudek powróciła kopia obrazu, którą rok później koronował arcybiskup Marian Jaworski. Dnia 2 lipca 2003 roku kościół parafialny pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny ogłoszono Sanktuarium Matki Boskiej Rudeckiej.


W momencie lokacji miasta Rudki były chutorem rozległej, sąsiedniej wsi Beńkowej Wiszni. Do roku 1876 właścicielami większej własności w Rudkach byli Fredrowie. Tu właśnie, po latach napoleońskiej wojaczki i tułaczki, powrócił komediopisarz Aleksander Fredro, który z właściwym sobie, mistrzowskim humorem i sarkazmem, kończąc żołnierski rozdział swojego życia, napisał: …”Napoleon na Elbę, a ja prosto do Rudek…”. Dokładniej rzecz biorąc właśnie do wsi Beńkowa Wisznia położonej 4 kilometry na północ od miasta. Rodzice Aleksandra Fredry, Jacek i Marianna Fredrowa – do dworu w Beńkowej Wiszni sprowadzili się w 1797 roku, gdy przyszły komediopisarz miał 4 lata. Od tego momentu Beńkowa Wisznia stała się rezydencją Fredrów, w której dzieciństwo spędził także Aleksander. Tu pobierał nauki, nigdy nie uczęszczając do szkół publicznych, kształcony przez wynajmowanych guwernerów. To tutaj po powrocie z kampanii napoleońskich Aleksander Fredro przez ok. 30 lat gospodarował, budując w 1835 roku neorenesansowy obszerny pałac w otoczeniu parkowym. Pałac ten istnieje do dnia dzisiejszego. Obecnie jest odrestaurowywany przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Ochrona polskiego dziedzictwa narodowego poza granicami kraju”. W 1846 roku Aleksander Fredro wraz z żoną zamieszkał w zakupionym we Lwowie dworku, jednakże nadal bywał w Beńkowej Wiszni częstym gościem. Po śmierci pisarza w 1876 roku, jego zabalsamowane zwłoki spoczęły w rudeckiej świątyni, której krypta z biegiem lat przeistoczyła się w swego rodzaju panteon szlacheckiego rodu Fredrów.

Krypta w podziemiach kościoła, w której pochowane są doczesne szczątki hr. Aleksandra Fredry i członków jego rodziny

Zauroczeni rudecką świątynią oraz wielką gościnnością obecnego proboszcza kościoła ks. Gerard Liryka, który w sposób bardzo przyjazny i cierpliwy zarazem opowiedział nam całą historię miasta jak i Sanktuarium, opuściliśmy to wspaniałe miejsce przesiąknięte polskością i udaliśmy się w dalszą drogę. Wczesnym popołudniem dotarliśmy w okolice Lwowa. Tam zatrzymaliśmy się na obiad w jednym z przydrożnych zajazdów. Posileni i wzmocnieni krótkim odpoczynkiem, pospieszani przez nieubłagalnie upływający czas, skierowaliśmy się w dalszą drogą w kierunku Halicza i Stanisławowa. Koniecznie musieliśmy przecież zdążyć przed nocą dojechać do Mariampola, miejsca naszego kolejnego noclegu.

Ks. Gerard Liryk opowiada historię Sanktuarium Matki Bożej Rudeckiej

Powoli przejeżdżając przez kolejne miejscowości podziwialiśmy piękne widoki przyrody. Jednak nieustające wyboje i wertepy oraz olbrzymie dziury w drodze nie pozwoliły na zbyt szybką jazdę. Przejeżdżając przez Bóbrkę, miejscowość położoną około 20 km na zachód od Przemyślan i około 30 km na południowy wschód od Lwowa nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności zatrzymania się na krótko na tamtejszym cmentarzu, usytuowanym tuż przy głównej drodze. Tu podobnie jak w Rudkach jest wciąż wiele opuszczonych i niszczejących polskich grobów. Stan ich wydaje się być nieco lepszy niż gdzie indziej, jednak obecna spora grupa grabarzy i kamieniarzy, którzy przekopywali opuszczone i zniszczone polskie groby oraz miejsca, na których one były usytuowane, może świadczyć o fakcie, że proces przejmowania dawnych polskich mogił i miejsc pochówku przez tamtejszych Ukraińców ciągle postępuje. W rozmowie z jednym z kamieniarzy dowiedzieliśmy się, że w tamtejszym więzieniu,  okresie II wojny światowej, po wkroczeniu wojsk sowieckich do Polski, z początkiem 1941 roku, NKWD dokonało mordu na kilkudziesięciu więźniach. Ugotowano ich żywcem w olbrzymiej kadzi, a pozostałe ciała oblano kwasem celem uniemożliwienia identyfikacji. Przeszliśmy przez cały rozległy cmentarz dokumentując fotograficznie prawie każdą mijaną mogiłę. Już po powrocie do Polski znajdzie się przecież czas by skatalogować i opisać poszczególne groby.




Słów parę na temat Bóbrki

Pierwsza informacja o Bóbrce pochodzi z 1211 roku z Kroniki Halicko-Wołyńskiej. Od XV w. Bóbrka  na mocy przywileju Kazimierza IV Jagiellończyka otrzymała magdeburskie prawa miejskie. Stanowiła odtąd miasto królewskie. Wojna polsko-szwedzka (1655–1660) doprowadziła miasto do ostatecznego upadku. Po rozbiorach Polski, pod koniec XVIII wieku Bóbrka stała się własnością austriackiego skarbu państwa, który w 1790 r. sprzedał dobra rodzinie Skarbków. Od I połowy XIX w. do wybuchu pierwszej wojny światowej Bóbrka należała do rodziny Czajkowskich. (Być może informacja ta zainteresuje Stanisława Wodyńskiego, którego pra babka Wincentyna Strzetelska wyszła za mąż za Edwarda Czajkowskiego). W połowie XIX wieku działała w Bóbrce  manufaktura tekstylna. Interesującym jest fakt, że z Bóbrki pochodziła rodzina jednego z najwybitniejszych polskich dramaturgów, Stanisława Wyspiańskiego. Jego pradziad był bóbreckim pisarzem gminnym. Dziad Ignacy, absolwent filologii uniwersytetu lwowskiego, przyszedł na świat w Bóbrce w 1805 roku. Być może urodził się tu również ojciec Stanisława, rzeźbiarz Franciszek Wyspiański (1836–1901). W późniejszym okresie rodzina Wyspiańskich przeniosła się do Lwowa, a następnie do Krakowa. W latach 80. XIX w. w Bóbrce bywał również poeta ukraiński Iwan Franko. Podczas pierwszej wojny światowej, w czerwcu 1915 roku doszło do bitwy pod Bóbrką, w której atakujące z dwóch stron armie austriackie odparły wojska rosyjskie. W czasie II wojny światowej w roku 1942 po utworzeniu getta żydowskiego w mieście Niemcy zorganizowali transporty Żydów do obozu zagłady w Bełżcu. Holokaust w Bóbrce został upamiętniony pomnikiem znajdującym się przy drodze wyjazdowej na Przemyślany.
Nie potwierdzona dokumentami miejscowa tradycja wiąże powstanie parafii rzymskokatolickiej w Bóbrce w roku 1402, w tym również i obronnego kościoła św. Mikołaja, z fundacją znamienitego polskiego rycerza Zawiszy Czarnego. 
Na cmentarzu znajduje się kaplica fundacji Henryka Czaykowskiego, zbudowana pod koniec XIX wieku, którego rodzina w tym czasie była właścicielem tej miejscowości.  

Kaplica cmentarna w Bóbrce ufundowana przez Henryka Czaykowskiego

Poruszeni opowieściami ludzi spotkanych na cmentarzu, skierowaliśmy się czym prędzej w kierunku Mariampola. Parę kilometrów przed osiągnięciem celu Stanisław Tomczak postanowił ucieszyć nas pięknym widokiem rozlewiska Dniestru. Zatrzymaliśmy się na chwilę  w tak urokliwym zakątku, że dosłownie widok odebrał nam mowę. Staliśmy na niewielkim wzniesieniu i patrzyliśmy dłuższą chwilą chcąc nasycić nasz wzrok słońcem, morzem kwitnących słoneczników i w oddali błyszczącą wodą Dniestru. Zresztą zobaczcie sami:


Do Mariampola dojechaliśmy w późnych godzinach popołudniowych.

Zaprzyjaźnionego od lat Gienka nie było w domu, ale klucz wisiał tak jak zwykle w umówionym miejscu. Zmęczeni, jednak pełni wrażeń mijającego dnia, postanowiliśmy zobaczyć jeszcze zachód słońca nad Dniestrem. Potem wspólnie przygotowaliśmy późną kolację, wznieśli toast dobrym ukraińskim koniakiem za powodzenie naszej akcji w kolejnych dniach, po czym każdy z nas bardzo szybko wpadł w objęcia Morfeusza.

Zachód słońca nad brzegiem Dniestru w Mariampolu

Kolejny dzień okazał się być niezwykle szczęśliwy i pełen nieoczekiwanych spotkań. Był to 15 sierpnia, święto Matki Bożej Królowej Polski, dzień Wniebowzięcia Matki Boskiej oraz Święto Wojska Polskiego zarazem. Po obfitym śniadaniu, tuż przed południem podjechaliśmy na plac Matki Bożej Mariampolskiej, na którym w zeszłym roku została poświęcona jej figura. 

Plac matki Bożej Mariampolskiej z jej figurą i cerkwią w tle




Słów parę na temat Mariampola

Pierwotnie parafia w Mariampolu została założona w Delejowie przez dziedzica Jana Rolę, w roku 1410. Znajdujący się tam kościół został spalony przez Turków z początkiem XVI wielu. W tym czasie odległe o około 10 km od Mariampola Uście Zielone zostało ustanowione parafią. W roku 1646 na miejscu spalonego kościoła i parafii w Dalejowie wybudowano drewniany kościół jako kościół filialny parafii Uście Zielone. Jabłonowscy, którzy odziedziczyli dobra zwane obecnie Mariampol około roku 1662 wybudowali tam kościół drewniany zarządzany przez siostry regularne Franciszkanki Mniejsze Obserwantki. Po podziale parafii Uście Zielone w roku 1725, dokonanym przez arcybiskupa Skarbka, parafia została przeniesiona do Mariampola i wyposażona przez kasztelana Jana Stanisława Jabłonowskiego.
Hetman Stanisław Jabłonowski to wielce zasłużona dla Polski postać. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych polskich wodzów wieku XVII. Był niezwykle znakomitym strategiem, zarówno w teorii jak i w praktyce.  To on kierował atakami husarii pod Chocimiem w roku 1673 jak i pod Wiedniem w roku 1683. Wspólnie z Królem Janem Kazimierzem brał udział w wyprawach na Kamieniec Podolski, Bukowinę i Wołoszczyznę. W poczuciu odpowiedzialności piastowanego stanowiska budował nowe wsie i miasteczka. Po zajęciu przez Turków Kamieńca Podolskiego wzdłuż Dniestru wzniósł łańcuch obronnych fortów i zamków do dziś podziwianych. Najbardziej znane to  Okopy Św. Trójcy. Był człowiekiem niezwykle religijnym, wielkim czcicielem Matki Bożej. Na wszystkie wyprawy wojenne woził ze sobą Jej obraz i modlił się przed nim wspólnie z rycerstwem. Codziennie słuchał Mszy świętej i odmawiał koronkę do NMP. Ku jej czci, w roku 1691 założył nad Dniestrem miasto Mariampol, zwane szańcem Najświętrzej Maryi Panny. Później w kościele umieszczono Jego obozowy obraz – hetmański. Jako filantrop był związany z licznymi klasztorami zakonnymi które hojnie wspierał. Zmarł we Lwowie w roku 1702 gdzie został pochowany w kościele Jezuitów.  
Herb miasta Mariampol zawiera motyw maryjny – przedstawia on Matkę Bożą z Dzieciątkiem Jezus, pod nią widnieje tarcza z herbem Jabłonowskich.
Pochodzenie cudownego wizerunku matki Boskiej Mariampolskiej nie jest ustalone. Nie jest wiadome kto i kiedy go namalował. Pierwsza wzmianki o nim pochodzą z II polowy XVII wieku. Obraz wędrował  wtedy z wojskiem polskim dowodzonym właśnie przez hetmana Stanisława Jabłonowskiego, który modlił się przed nim z rycerstwem wożąc go ze sobą na wyprawy wojenne. Wywdzięczają się Bogurodzicy za doznaną wielokrotną opiekę Jabłonowski postanowił przemianować na Jej cześć w pobliżu wsi Wołczków osadę Boży Widok (pochodzącą od wspaniałego widoku rozpościerającego się ze skarpy mariampolskiej na dolinę Dniestru) wraz z miastem warownym, na miasto Mariampol – Gród Maryi. Było to w roku 1691. Po śmierci hetmana w roku 1702 syn jego wojewoda JAN Jabłonowski przekazał sławny obraz obozowy ojca kościołowi w Mariampolu. Umieszczony w głównym ołtarzu wizerunek zajaśniał wkrótce blaskiem łask. Dowodem tego były liczne ofiarowane wota i srebrna sukienka z koron.

Po odwiedzinach w tamtejszym przedszkolu oraz krótkim zatrzymaniu się na tamtejszym cmentarzu, przejechawszy ulicami Mariampola, skierowaliśmy się w kierunku Stanisławowa, gdzie miałem spotkać się z moimi kuzynami - Denisem Marytchakiem i Wsiewołodem Bażałukiem, potomkami Franciszki Ksawery Strzetelskiej, córki Ignacego Strzetelskiego, którzy w połowie XIX wieku żyli i mieszkali w nieodległym Uściu Zielonym.
Ale o tym już w kolejnym odcinku mojej relacji.



KOMENTARZE

  • Świetny blogasek :D Wielkie dzięki za tai wysiłek :)
    autor: Szczerbatek/www.roadamerican.pl/
  • Czytam historie Twojego rodu i wracam wspomnieniami do Mariampola :)
    autor: Tereska

piątek, 27 września 2013

Kolejna wyprawa na Ukrainę - sierpień 2013

W tym roku po raz kolejny było mi dane stanąć na ziemi moich przodków. Okolice Sambora, Stanisławowa, Halicza, Mariampola, a nade wszystko Uścia Zielonego nad Dniestrem pozwoliły mi zobaczyć przepiękne, pełnej soczystej zieleni, pagórkowate naddniestrzańskie tereny, na których rodzili się, mieszkali, żyli i umierali kiedyś moi przodkowie. Ziemia ta obfituje nie tylko we wspaniałe zabytki architektury, powoli odzyskiwane i przywracane do dawnej świetności z niebytu minionego czasu dawnych republik radzieckich, ale również jest niezwykle bogata we wciąż żywą historię tamtych terenów oraz ludzi, którzy ją pamiętają i chcą o niej przypominać innym.
Tegoroczny wyjazd na Ukrainę odbył się w dniach 13-18 sierpnia i miał na celu odnowienie i oczyszczenie zarośniętych cmentarzy oraz odsłonięcie grobów w Uściu Zielonym i Mariampolu jak również zindeksowanie zachowanych tam mogił. Mieliśmy również nadzieję na kolejne spotkania z mieszkającymi tam ludźmi, którzy w swoich sercach i umysłach zachowali Polskę. I rzeczywiście nasza wyprawa obfitowała w wiele ciekawych, nieprzewidywalnych i wzruszających chwil.
Wspólnie we trójkę: Stanisław Tomczak i Jacek Wójcik z Głubczyc oraz ja, Piotr Strzetelski - od urodzenia sercem związany z Krakowem, jednak coraz częściej z nieukrywanym zachwytem i wielką radością spoglądający w kierunku kresów wschodnich, we wczesnych godzinach popołudniowych wyjechaliśmy z Krakowa 13 sierpnia 2013 roku. Pierwszym przystankiem na Ukrainie miał być klasztor o.o. Karmelitów w Sąsiadowicach, niedaleko Sambora, miejscowości oddalonej od Przemyśla o około 40 km. Przekraczając granicę w Krościenku w godzinach wczesno wieczornych, nie przypuszczaliśmy jednak, że tak niewielki dystans przyjdzie nam pokonać jadąc niespełna 10-20 km na godzinę przez prawie 2,5 godziny. Egipskie ciemności oraz brak jakichkolwiek oznaczeń w mijanych wsiach, a nade wszystko przeogromne dziury w drodze (nie można przecież nazwać tego szosą) prowadzącej od granicy w stronę Sambora spowodowały, że na miejsce noclegu dotarliśmy przed północą. Tam czekał na nas kolejny uczestnik naszej wyprawy Bartek Jasiński. Zmęczeni i wyczerpani podróżą zjedliśmy późną kolację i czym prędzej udaliśmy się na spoczynek. Rano wspólnie z gospodarzami tego miejsca ojcami karmelitami Zbigniewem Czerwieniem i Januszem Janowiakiem OCarm oraz Br. Grzegorzem zjedliśmy pyszne śniadanie i wysłuchawszy historii o sanktuarium św. Anny Samotrzeć w Sąsiadowicach udaliśmy się w dalszą drogę w kierunku Mariampola.

                                         Wspólne spotkanie z księżmi Karmelitami w Sąsiadowicach. 


Słów parę na temat Sąsiadowic
Sąsiadowice to wieś w obwodzie lwowskim położona nad rzeką Strwiąż, oddalona od Przemyśla o jakieś 40 km. To tam w miejscu zwanym Górą Łaskawą około roku 1580 jeden z tamtejszych rolników wyorał z ziemi płaskorzeźbę św. Anny Samotrzeć.

Figura św. Anny Samotrzeć w kościele w Sąsiadowicach. 

W roku 1589 w zachodniej części miejscowości wybudowano kościół ku czci św. Anny. Już w roku 1603 dobudowano do niego drewniany klasztor karmelitów, których bracia Herburtowie sprowadzili tu dla opieki duszpasterskiej nad kościołem. Klasztor, w którym początkowo było dwanaście cel i refektarz został uposażony przez fundatorów na połowie wsi Sąsiadowice. Karmelici od 1609 roku objęli wraz z uposażeniem klasztoru również parafię Sąsiadowice, do których należała wieś wraz z przyległymi miejscowościami (Czaple, Humieniec, Pawłówka, Janów, Wola Rajnowa i Wyhadówka).

Ks . Janusz opowiada historię klasztoru i kościoła w Sąsiadowicach

W połowie XVII wieku istniejący klasztor karmelitów rozbudowano o jedną kondygnację i szpital. W dalszych latach w ramach potrzeb następowały kolejne rozbudowy drewnianego klasztoru. Ze względu na zagrożenie najazdami tatarskimi klasztor był ufortyfikowany dając w razie napadu schronienie okolicznym mieszkańcom. Posiadał też mur ceglany z czterema bastionami oraz fosę. W kolejnych latach XVII wieku rozbudowano umocnienia o wał ziemny, na którym stanęły armaty broniące dostępu do klasztoru, powstała też murowana brama. Dopiero w roku 1742, dzięki fundacji starosty żydaczowskiego i podstolego litewskiego Franciszka Borzęckiego, wybudowano murowany budynek. Murowany kościół prezentował się naprawdę wspaniale. Obszerna kruchta prowadziła do dwuprzęsłowej nawy głównej oraz dwóch kaplic bocznych - Matki Boskiej Szkaplerznej i św. Józefa.


Nawa główna zwieńczona była ołtarzem z figurą św. Anny Samotrzeć. Wydzielony za nim chór zakonny posiadał własny ołtarz (obecnie to ołtarz główny). Wyposażenie kościoła było barokowe. W kościele było osiem ołtarzy. Oprócz wspomnianych kaplic i ołtarza głównego były ołtarze św. Jana Chrzciciela, Chrystusa Ukrzyżowanego, Przemienienia Pańskiego i św. Antoniego. Zabudowania klasztoru w kształcie podkowy pochłaniały fasadę kościoła. Dłuższe - północne ramię klasztoru mieściło dwa obszerne pomieszczenia (refektarz i kapitularz).

Klasztor i kościół Karmelitów w Sąsiadowicach

W XVIII wieku klasztor zamieszkiwało jedenastu ojców. Biblioteka była bardzo dobrze utrzymana co wskazywało na zamiłowanie do nauki u sąsiadowickich zakonników. Przed II wojną światową w klasztorze w Sąsiadowicach mieszkało trzech ojców i jeden brat, zaś na terenie parafii mieszkało prawie 2500 osób obrządku rzymskiego i prawie tyle samo obrządku grekokatolickiego. Wizerunek św. Anny Samotrzeć na Górze Łaskawej cieszył się ogromną czcią obu wyznań. Dla utrzymania stałego kultu powołano nawet Bractwo św. Anny obdarowane przywilejami papieskimi. Z Sąsiadowic pochodził znany karmelita o. Piotr Żuk (1911-1988), którego wybuch wojny zastał w rodzinnej miejscowości. Przebywał tu do listopada 1941 r., a następnie wyjechał do Lipin aby potajemnie uczyć karmelitańskich kleryków. W 1940 roku karmelici musieli opuścić klasztor, który został zamieniony na sowiecką szkołę podoficerską. W czasie niemieckiej okupacji od czerwca 1941 roku zakonnicy powrócili do klasztoru. Do końca wojny przetrwało dwóch ojców, którzy w lipcu 1946 r. zmuszeni zostali do opuszczenia klasztoru, który po zmianie granic należał już do Związku Radzieckiego. Wraz z nimi opuściło Sąsiadowice około 60 rodzin polskich. Wyjeżdżając z Sąsiadowic do Polski parafianie wywieźli z klasztoru i kościoła, ukryte w swoich osobistych rzeczach, paramenty liturgiczne i cudowną rzeźbę św. Anny. Po zakończeniu repatryiacji około roku 1955 w Sąsiadowicach pozostało niespełna 50 polskich rodzin, które niestety zostały pozbawione opieki duszpasterskiej. Klasztor został zamieniony na kołchoz, a kościół stał się magazynem nawozów sztucznych. Dewastowany i nie remontowany przez prawie pół wieku, powoli popadał w ruinę. Trwało to nieprzerwanie do końca lat 80-tych XX wieku. Wtedy to po zmianach politycznych w roku 1989 wierni odzyskali kościół i klasztor. Budowla była w bardzo złym stanie technicznym. Zawalony dach zarówno nad kościołem jak i klasztorem dopełniał dzieła zniszczenia. W latach 1989-1995 przeprowadzono remont całego obiektu. Kosztem przebudowy niektórych elementów architektonicznych oraz rozebrania zachowanego jedynie we fragmencie północnego skrzydła dawnego klasztoru uratowano zabytek. Kościół został otynkowany oraz ozdobiony malowidłami nawiązującymi w treści do oryginalnych fresków. Na początku lutego 2010 roku, na skutek wad konstrukcyjnych częściowo spalił się dach kościoła. Wówczas dawni mieszkańcy Sąsiadowic przesiedleni na Śląsk oraz na Pomorze Zachodnie, pospieszyli na pomoc w odbudowie. Obecnie w Sąsiadowicach mieszka około 1300 osób, z tego 400 Polaków. Po 65 latach nieobecności na Górę Łaskawą w Sąsiadowicach powrócili karmelici, którzy od sierpnia 2011 objęli opieką duszpasterską tutejszą parafię.

Nad wejściem do kościoła w Sąsiadowicach


Z Sąsiadowic udaliśmy się drogą pełną dziur w kierunku Sambora. Dojeżdżając do miasta zatrzymaliśmy się na tamtejszym czynnym cmentarzu. Sporo tam polskich nagrobków, większość niestety w stanie dość fatalnym. Wspólnie oczyściliśmy z mchu i odchwaścili grób Ks. Aleksego Watulewicza, przedwojennego katechety w Samborskim gimnazjum, w którym to w latach 1830-tych nauczał również mój 4x pradziadek Erazm Strzetelski. (Co ciekawe – po powrocie do Polski okazało się, że ks. Watulewicz jest kuzynem Stanisława Wodyńskiego, którego prababka była z domu Strzetelska. Rodzina Watulewiczów oraz Wodyńskich wywodzi się z Dębowca, miejscowości położonej niedaleko Jasła).

Grób ks. Antoniego Watulewicza w Samborze

Na Samborskim cmentarzu próbowałem również odszukać piękny pomnik przedstawiający Madonnę, pomnik znajdujący się na grobie córki i pierwszej żony Erazma Strzetelskiego - Augusty Hefern zmarłej w roku 1834. Nagrobek ten wymienia prof. Stanislaw Nicieja w swojej książce pt. „Lwów ogród snu i pamięci” na str. 88. Niestety, ze względu na ograniczone możliwości czasowe nie udało się go odnaleźć. Mam nadzieję, że w kolejnej wyprawie wreszcie natkniemy się na niego. Na koniec naszego pobytu na samborskiej nekropolii zasięgnęliśmy informacji u dyrektora cmentarza odnośnie opłat za nienaruszalność grobów. Okazało się, że poza dobrowolną opłatą na piwo takowe nie obowiązują. Informacja, że dopóki grób będzie zadbany i odchwaszczony nie zostanie zniszczony ani usunięty bardzo nas ucieszyła. Dlatego postanowiliśmy, że w następnym roku odczyścimy i uratujemy od zapomnienia kolejne nagrobki.


Słów parę na temat miasta Sambora
Okolice Sambora to niepowtarzalne krajobrazy zapierające dech w piersiach, bogata kultura, szczerość, gościnność i życzliwość mieszkających tam ludzi, potomków dawnych Bojków. Spotkamy się tu także z ciekawą historią dotyczącą początków chrześcijaństwa na tych terenach oraz historią wyprawy Dymitra Samozwańca. Wielbicieli sztuki sakralnej przyciągają najstarsze na Ukrainie niepowtarzalne bojkowskie cerkwie z ich wspaniałymi ikonostsami oraz przydrożne kapliczki. Poza tym na terenach samborszczyzny znajduje się obfitość wód mineralnych, wykorzystywanych w celach leczniczych. Największym jednak bogactwem są urodzajne gleby - czarnoziemy.
Dzisiejsze miasto Sambor zawdzięcza swoją nazwę Staremu Samborowi (dawna nazwa Staremiasto) oddalonemu od niego zaledwie o 20 km. Wnosząc z samej pisowni oraz brzmienia nazwy miasta pochodzi ona od rozległych szpilkowych lasów czyli borów – „Sam-bór”. Znajduje to uzasadnienie w fakcie, że cała dzisiejsza Samborszczyzna pokryta była od niepamiętnych czasów prawie do końca XIX wieku olbrzymimi lasami. W roku 1899 ukazała się we Lwowie obszerna monografia na temat tych terenów autorstwa Zofii Strzetelskiej Grynbergowej, siostry mojego 3x pradziadka Artura, pt. Staromiejskie – ziemia i ludność. Praca ta licząca ponad 700 stron została nagrodzona na konkursie ogłoszonym przez zarząd muzeum im. Dzieduszyckich we Lwowie. Obecnie można ją znaleźć w wersji cyfrowej w internecie pod następującym adresem: http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=6820&from=publication. Według przedstawionej w tej monografii historii Miasto Sambor zostało założone 13 grudnia 1390 roku przez Spytko z Melsztyna.

Na dzisiaj tyle - ciąg dalszy opisu wyprawy na Ukrainę już wkrótce....



KOMENTARZE


  • Drogi Piotrze, dopiero teraz zorientowałem się o błędnym podpisie..... odnoszącym się do grobu ks.Aleksego Watulewicza, a to przez to, że tropię kolejnego księdza z tej rodziny, z którą jestem spokrewniony poprzez moją praprababkę Kunegundę Ryznerską, która była żoną Józefa, a z domu właśnie - Watulewicz, rodziców prababki Anny, żony pradziadka Grzegorza Wodyńskiego. Chodzi o ks. Antoniego Watulewicza, ktory żył w latach 1790-1864 i był proboszczem w Ciężkowicach. Serdecznie pozdrawiam
    autor: StanislawWodynski


niedziela, 7 lipca 2013

ANNA DOROTA CHRZANOWSKA - POLSKA JOANNA d’ARC

Niedługo, bo już w 2015 roku będziemy obchodzić 340 rocznicę bohaterskiej obrony zamku trembowelskiego, która zadecydowała przecież ostatecznie o zwycięstwie oręża polskiego nad połączonymi siłami turecko-tatarskimi w kampanii 1675 roku. Dzieje tej głośnej obrony, opromienionej chlubnym czynem kobiety bohaterki, która nie dopuściła do kapitulacji, nie są dotychczas należycie poznane.


Podole, ziemia utracona przez Rzeczpospolitą po drugiej wojnie światowej, to tereny bardzo żyznych pól, pięknych lasów oraz wspaniałych bohaterskich ludzi, którzy na przestrzeni kilkuset lat, z narażeniem życia, potrafili bronić tej ziemi przed licznym nieprzyjacielem. To tu wielce zróżnicowana pod względem narodowościowym ludność, doznawała przez wieki od Turków, Tatarów, Kozaków, Rosjan, Ukraińców i Niemców niebywałych okrucieństw. Wiele nazw miejscowości na trwałe zapisało się w historii Podola i na trwałe odcisnęło pozytywne piętno na kolejnych pokoleniach rodaków. Kamieniec Podolski, Lwów, Buczacz, Halicz, Sambor, Czortków, Tarnopol czy w końcu Trembowla to jakże blisko nam brzmiące nazwy. Przecież wielu z nas pozostawiło na tej ziemi groby swoich bliskich, swoje domy, zagrody a niejednokrotnie swoje majątki. Historia tych terenów przez dziesięciolecia dawała Polakom nadzieję na trwanie przy państwowości polskiej, która okupiona była niejednokrotnie krwią i heroiczną, bohaterską walką z okupantem.
Niedługo, bo już w 2015 roku będziemy obchodzić 340 rocznicę bohaterskiej obrony zamku trembowelskiego, która zadecydowała przecież ostatecznie o zwycięstwie oręża polskiego nad połączonymi siłami turecko-tatarskimi w kampanii 1675 roku. Dzieje tej głośnej obrony, opromienionej chlubnym czynem kobiety bohaterki, która nie dopuściła do kapitulacji, nie są dotychczas należycie poznane. Dlatego też warto zwrócić uwagę na tę przepiękną kartę naszej narodowej przeszłości. Postać Anny Doroty Chrzanowskiej von Frezen, bo tak naprawdę nazywała się ta kobieta, zajaśniała jako jasna, dobra gwiazda, jako anioł opiekuńczy i kazała wierzyć niezłomnie wielu pokoleniom Polaków w zwycięstwo. Postać ta nie zaginęła w pamięci potomnych. Przetrwała przez kolejne wieki, aż do dzisiaj i mimo, że trochę zapomniana ciągle jest przykładem dla wielu jak prawdziwie należy kochać i bronić polskiej ziemi. Pomimo upływu tylu lat, heroiczna obrona Trembowli i postać pani Chrzanowskiej, była zawsze elementem kresowej tradycji i symbolem walki z każdym zagrożeniem na Podolu. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w roku 1918, Trembowla i jej dzieje stały się niejako symbolem kresowego patriotyzmu, uosabiającym to wszystko, czym były Kresy dla kultury i tożsamości narodu. Przypominanie jej dziejów miało mobilizować mieszkańców Podola do obrony polskiego stanu posiadania na Kresach i stawienia czoła w razie konieczności kolejnej nawale ze Wschodu.


Trembowla, pięknie położone miasto nad rzeką Gniezną, uchodzącą do Seretu od niepamiętnych czasów była otoczona potężnymi dębowo-bukowymi lasami. Ludność żyjąca w tych okolicach trudniła się masowym wyrębem drzew przeznaczonych na cele budowlane. Trzebiła lasy, stąd też nazwa powstałego tam miasta, bo „terebyty” to ukraińska nazwa od trzebić, wycinać. Poza tym podobno całe miasto otaczał intensywny zapach leśnych ziół, a w Serecie żyły niezwykle okazałe ryby, które były przysmakiem na królewskich stołach.
W połowie XVII wieku Trembowla, jako gród obronny zyskała bardzo na znaczeniu. Wtedy to przecież Polska po długotrwałych wojnach z Turcją straciła Kamieniec Podolski, który był uważany w tamtych czasach za jedną z największych twierdz w granicach Rzeczypospolitej. Wówczas to też, południowa granica Rzeczypospolitej cofnęła się głęboko na Podole, na dobre kilkadziesiąt lat. Turcy po zdobyciu wielu polskich miast bardzo pragnęli zająć Tarnopol i Lwów, jednak na ich drodze stanęła wówczas Trembowla – jedna z najpotężniejszych warowni ówczesnego Podola. Turcy mówili: …„wzięliśmy Polakom Kamieniec, jeśli weźmiemy im jeszcze Trembowlę, to cała Ruś i Podole będą nasze”… Wtedy to też zrodziła się piękna legenda o polskiej Joannie d’Arc, która heroicznie, przeciwstawiła się potędze tureckiej.



Słów parę o samym mieście
Trembowla to jedna z najstarszych miejscowości Galicji Wschodniej. Po raz pierwszy zostaje wymieniona już w roku 1097 jako stolica udzielnego księstwa wchodzącego w skład Rusi Kijowskiej. Podczas wielkiego najazdu Batu-chana na Ruś w latach 1240-1241 miejscowość ta została zniszczona, podobnie zresztą jak i inne ruskie grody. Król Kazimierz Wielki zająwszy Trembowlę wraz z Rusią Czerwoną wzniósł tam około roku 1360 zamek na wysokiej górze. Od tej pory miejscowość ta znalazła się w obrębie oddziaływania kultury łacińskiej. W pamiętnikach Jana Długosza można znaleźć wzmiankę o tym grodzie. Przez kolejne dziesięciolecia przechodziła Trembowla różne koleje losów. Pomimo tego, iż nawet sam król Władysław Jagiełło otoczył to miasto bardzo szczególną opieką przez wydanie w Sieradzu, w roku 1389 dekretu o nadaniu praw magdeburskich miastu Trembowla, to jednak miejscowość ta nie mogła odpowiednio rozwijać się zarówno pod względem gospodarczym jak i społecznym ze względu na ciągłe napady i oblężenia zarówno ze strony Tatarów, Turków jak i innych nieprzyjaznych jej ludów. Nadanie praw miejskich przez Jagiełłę potwierdzali i rozszerzali wszyscy następni królowie. Z końcem XV wieku, w roku 1498 miasto ucierpiało bardzo przez najazd hospodara mołdawskiego Stefana III, który pojmanych jeńców kazał stracić w Podhajcach. Po najeździe Trembowla otrzymała od króla Jana Olbrachta zwolnienie od podatków na 8 lat. W następnych wiekach, Trembowla pełniła funkcję "kresowej stanicy". Przechodziła przeróżne koleje losu, jednak zawsze odgrywała ważną rolę w systemie obronnym Kresów Rzeczypospolitej. Nawet trafiła do literatury stając się bohaterką licznych wierszy i poematów mających wydźwięk bardzo patriotyczny. Sam Józef Wybicki skomponował w roku 1788 operę pt. „Polka, czyli oblężenie Trembowli”, zaś wczesnoromantyczny poeta Tymon Zaborowski, w roku 1826 w poemacie pt. „Obrona Trembowli” tak opisywał scenę obrony miasta od najazdu tureckiego oraz postać Anny Doroty Chrzanowskiej, żony dowódcy twierdzy, którą wówczas po raz pierwszy „ochrzcił” imieniem Zofii.
„…Więzów i hańby sama myśl zelżywa
Obraża zacność wolnej Podolanki,
Swoje więc dziecię na rękę porywa,
Jak Scytów niegdyś w Tauryce kapłanki,
Srogie dla wrogów dwa chwyciwszy noże,
Wielki! (zawołała) moich ojców Boże,
I wy ich cienie! Macie dwie ofiary...”

Obronę Trembowli wielokrotnie uwieczniano również w malarstwie, rysunku i grafice. Jednym z takich przykładów jest obraz Aleksandra Lessera z 1864 r. (eksponowany na warszawskiej wystawie w 1933 r., a dziś zachowany we fragmencie w Muzeum Narodowym w Warszawie), utrwalony w monachijskiej litografii przez Josepha Antona Freymanna.
W roku 1534 kasztelan krakowski Andrzej Tęczyński na miejscu starego zamku wzniósł nowy, z częściowo zachowanymi murami kazimierzowskimi. Zamek Tęczyńskiego, o którym mówiono, że …”na dwa szlaki patrzy”… przetrwał prawie 100 lat. Najazd tatarski w 1575 roku zniszczył Trembowlę i częściowo również zamek. Za rządów kolejnego władcy – króla Zygmunta III Wazy - w roku 1594 kozak Semen Nalewajko, korzystając z pomocy wojsk Tatarskich, na czele kilkutysięcznej grupy wkroczył na Podole, dotarł aż do Trembowli i bez oporu splądrował ją.
W początkiem XVII wieku starosta trembowelski, Aleksander Bałaban, na miejscu niszczejącego i zrujnowanego zamku Tęczyńskiego wzniósł nową, obszerniejszą, murowaną budowlę. Budowa zamku została ukończona w roku 1631. Ówczesny Sejm Polski wyznaczył rewizorów, którzy zjechawszy do Trembowli w roku 1632 wyrazili największe uznanie staroście. Rzeczywiście zamek sprawiał imponujące wrażenie. Wewnątrz, na dziedzińcu znajdował się obszerny piętrowy pałac, zbudowany z kamienia ciosowego. Pałac ten mieścił …”komnaty z piecami kolorowo polewanymi i drzwiami przedniej roboty stolarskiej, fladrem malowanymi, dalej świetlice, pokoje z oknami oprawnymi w ołów”…. W podziemiach zamku znajdowało się siedem obszernych lochów. Zamek był typowo obronny i w tamtych czasach stał się najsilniejszą warownią w tych stronach. Grubość jego murów sięgała nawet 5 metrów. Mawiano wówczas, że …”tylko samemu Kamieńcowi pokłonić się może”… Dzięki temu w wojnach kozackich, tureckich jak również i najazdach tatarskich XVII wieku ważną odegrał rolę, gdyż niejedno wytrzymał oblężenie. Wprawdzie w czasie powstania Chmielnickiego, w roku 1648, po klęsce wojsk polskich w bitwie pod Piławcami, na skutek szerzącej się wówczas paniki wśród ludności polskiej i wojska został przez kozaków splądrowany, jednak w latach następnych potrafił już stawiać mężny i zwycięski opór. Już w roku 1650 wstrzymał dziewięciotygodniowe oblężenie. To samo powtórzyło się w latach następnych. W tych czasach zamek trembowelski był otoczony szczególna opieką szlachty ziemi halickiej i całego powiatu trembowelskiego. Stał niewzruszony i nie zdobyty. Czytając szczegółowe opisy zamku z połowy XVII wieku dowiadujemy się iż budowla ta …”leży na górze bardzo wysokiej, wjazd do niej przykry, brama ze zwodem. W dziedzińcu są piękne izby i pokoje murowane. Jest i drugi budynek drewniany i studnia murowana. Wśród zamku wieża szlachecka, druga narożna trzecia podle bramy, w której sklepy dwa dla ksiąg grodzkich i ziemskich chowania. Wokoło zamek obmurowany murem potężnym”…W tym czasie w arsenale zamkowym znajdowało się 13 armat spiżowych, wiele innej broni oraz zapasów potrzebnych do przetrwania oblężenia.

Wojna polsko-turecka i obrona Trembowli
W czasie pierwszego wkroczenia Turków na Podole, w roku 1672, w zamku trembowelskim schroniło się sporo szlachty z rodzinami, duchowieństwa i mieszczan pochodzących z samej Trembowli oraz okolicznych wsi i miasteczek. Komendantem zamku był wówczas Hieronim Kawecki, łowczy ziemi halickiej, który zarządził by …”każdy kto do zamku wejdzie miał strzelbę, proch i ołów i żywność na 20 niedzieli…”. To ilustruje, jak broniono się w ówczesnych czasach w takich twierdzach jak Trembowla i jakie podejmowano środki ostrożności aby wytrzymać niejedno oblężenie.
Gdy w roku 1675, drogą na Wołoczyska wkroczyła na Podole nowa, olbrzymia armia turecko-tatarska pod przywództwem Ibrahima Szyszmana wszyscy zadrżeli. Na wieść o jej pochodzie już z początkiem lipca 1675 roku zamek trembowelski napełnił się uciekającymi. Szlachta, mieszczanie, chłopi, żydzi, księża, zakonnicy, popi, szukali schronieni w obrębie jego warownych murów. Zaczął się sierpień. Ibrahim obozował pod Zbarażem, skąd podjazdy turecko-tatarskie coraz częściej zjawiały się pod Trembowlą. Niebezpieczeństwo oblężenia zwiększało się z każdym dniem, a zamek nie posiadał żadnej załogi wojskowej. Dopiero 16 sierpnia w murach zamkowych zjawił się kapitan z dwoma chorążymi i zaledwie 80-cioma piechurami. Przybyłym kapitanem był Jan Samuel Chrzanowski, doświadczony, bardzo energiczny żołnierz, znany z wyjątkowej odwagi. Tymczasem Ibrahim zatrzymał się pod Zbarażem. Po stoczonej 24 sierpnia 1675 roku bitwie pod Lesienicami (7 km od Lwowa) i klęsce Nuradyna armia turecko-tatarska okrężną drogą na południe, przez Pomorzany, Brzeżany, Podhajce i Zawałów dnia 20 września stanęła pod Trembowlą. Zdobyciem trembowelskiego zamku pragnął Ibrahim zakończyć wojnę i zwyciężyć. Lecz zawiódł się w swoich planach. Pomimo tego, że załoga zamku trembowelskiego liczyła zaledwie 200 ludzi, z czego tylko 80 dragonów przypadało na wojsko kapitana Jana Chrzanowskiego, zamek potrafił stawić zaciekły opór i doczekać odsieczy ze strony Jana III Sobieskiego.



Oblężenie zamku
Ibrahim rozpoczął oblężenie zamku w Trembowli od wezwania znajdujących się w nim mieszkańców do poddania się bez żadnego oporu. Gdy nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu rozpoczął regularne oblężenie. Od strony dostępnej do zamku usypał specjalne kopce, na których ustawił działa. Z nich to rozpoczął trwający nieustannie przez parę dni ostrzał warowni. Wykonano również podkop pod zamkiem. Wysadzono nawet w powietrze zaminowane mury, jednak zamku nie zdobyto. Część obrońców jednak coraz bardziej była przerażona i przekonana, że działania tureckie doprowadzą w końcu do trwałego uszkodzenia murów zamkowych i ostatecznego jego zdobycia. Niektórzy spośród szlachty zaczęli radzić jak dalej należy postąpić. Bez wiedzy dowódcy zamku trembowelskiego kapitana Jana Samuela Chrzanowskiego uchwalono, iż należy się poddać. Naradę tą i podjęte ustalenia przypadkiem podsłuchała Anna Dorota Chrzanowska z domu Frezen - żona Samuela Chrzanowskiego. Czym prędzej pospieszyła z tą wiadomością do męża. Wówczas kapitan przy udziale wiernych mu żołnierzy rozpędził radzących i oświadczył, że …”prędzej zamek wysadzi w powietrze niźli go podda…”. Zdecydowanie, doświadczenie i odwaga dowódcy zamku, przynajmniej na pewien czas odniosły pożądany skutek. Obrońcy skonsolidowali się na tyle, że nawet nocne wypady do obozu wroga były bardzo skuteczne. Mężna obrona niweczyła dalsze zabiegi Ibrahima na szybkie zdobycie twierdzy. Jednak dni mijały, nieprzyjaciel coraz silniej atakował, zapasów w zamku ubywało z każdą godziną, zmęczenie obrońcom coraz bardziej dawało się we znaki. Mimo tego, że odwaga nie opuszczała broniących to jednak każdy myślał o przyszłości. Sam nawet dowódca zaczął powoli wątpić w skuteczność obrony i coraz częściej rozważał możliwość poddania zamku. Przecież po ponad dwutygodniowym oblężeniu, zamek podobny był do kupy gruzów. Ściany porozbijane, dachy popalone, ściany ganków i komnat kulami roztrzaskane. Spośród 80 dragonów pozostało jedynie 30. Zaczęto coraz głośniej mówić o poddaniu twierdzy. Gdy radzono o kapitulacji, otworzyły się drzwi, a do komnaty weszły kobiety i dzieci. Na czoło wysunęła się żona komendanta Anna Dorota Chrzanowska. W ręku trzymała dwa noże. Zdecydowanie wypowiedziała następujące słowa: „Nie może być żadnych rozmów z najeźdźcą. Będziemy walczyć razem i razem zginiemy lub obronimy zamek”. Następnie zwróciła się do męża: „Mój mężu, jeżeli poddasz fortecę, to jeden nóż przebije twoje serce, a drugi moje, jeżeli w nich zgaśnie miłość do wolności i Ojczyzny”. Wówczas kapitan rozpuścił naradę, a obrońcy skonsolidowali się na tyle, że nawet nocne wypady do obozu wroga stały się bardzo skuteczne. Sama Dorota Chrzanowska ubrana w zbroję, dopingowała pozostałych do walki i w pierwszym szeregu, na murach zamkowych odpierała ataki wroga. Jej zaangażowanie i odwaga oraz duże doświadczenie i zdecydowanie dowódcy zamku pomogły w utrzymaniu twierdzy aż do 5 października, kiedy to główne siły Rzeczypospolitej z Janem III Sobieskim na czele przybyły z odsieczą.


Czas świetności zamku i miasta
W nagrodę za mężną obronę zamku Jan Samuel Chrzanowski został awansowany do rangi pułkownika, a w dowód zasług otrzymał tytuł szlachecki i pięć tysięcy złotych nagrody. Sejm Koronacyjny w 1676 roku jednomyślnie nobilitował małżonków Chrzanowskich i przyłączył ich do herbu Poraj, a imiona obojga stały się sławne w całej Rzeczpospolitej i poza jej granicami. Ogłoszono również "…życząc mieć Trembowlę jako w najlepszej konserwacyi, ponieważ mężnie w roku przeszłym oblężenie Ibrahim baszy wytrzymała i pokazała, jak wiele zależy na pogranicznych dobrze utrzymanych zamkach…”. W 1677 roku umieszczono pod Trembowlą stały obóz wojsk koronnych, który utrzymywano przez okres 7 lat. Wspomina o tym w swych pamiętnikach Jan Chryzostom Pasek pisząc: "…obóz zaś stał pod Trembowlą dobrze bardzo i wygodnie, bo sobie żołnierze gospodarowali, siali, orali i łąki kosili i w zimie taką wygodę mieli jak w domu i na bazarze taniej wszystko niżeli po miastach, bo w obozie piwa i miody warzono i wozy tak szły na targi w majdan, jak przed laty w Kazimierzu…". W tym czasie zamek w Trembowli został wyremontowany i odpowiednio wyposażony. Pułkownik Jan Samuel Chrzanowski sprawował nad nim komendę aż do 1685 roku po czym został skierowany do twierdzy w Jazłowcu. Sama Chrzanowska, (właściwie Zofia Chrzanowska, bo tak nazwali ja potomni), jak głosi legenda, po śmierci została pochowana pod twierdzą by dalej sprawować nad nią pieczę.

Początek końca twierdzy trembowelskiej
Wprawdzie w roku 1687 Turcy w końcu zdobyli i zniszczyli zamek trembowelski, ale pamięć o bohaterskiej żonie komendanta przetrwała pokolenia. Forteca już nigdy nie dźwignęła się z ruin, a w XVIII wieku całkowicie straciła swoje znaczenie obronne. Jednak mieszkańcy Trembowli nie zapomnieli o swej dzielnej obrończyni. Na wschodnim stoku zamku wzniesiono pierwszy pomnik ku czci bohaterskiej i powszechnie podziwianej żony komendanta. Nie wiadomo jednak jak wyglądał. W wieku XVIII w roku 1768 przy udziale starosty trembowelskiego Joachima Karola Potockiego oraz okolicznej szlachty została zawiązana Konfederacja. Natomiast w roku 1772, podczas I rozbioru Polski miasto przeszło we władanie Austriaków. Zorganizowano tu koszary, na budowę których wykorzystano kamień z popadającego w ciągła ruinę zamku. Koszary Austriacy ostatecznie zlikwidowali w 1880 roku. Potem mury zamkowe zaczęto rozbierać na materiał budowlany i do moszczenia dróg. Pod koniec XIX wieku ruiny oczyszczono i doprowadzono do porządku. W okresie austro-węgierskim poprowadzono przez Trembowlę linię kolejową, wybudowano również dworzec.

Wiek XIX i XX w Trembowli
Kult Zofii Chrzanowskiej (według legendy, imię to było przekazywane z pokolenia na pokolenie) odgrywał dużą rolę w kształtowaniu patriotycznych postaw mieszkańców Trembowli zwłaszcza w końcu XIX i na początku XX wieku, kiedy to "życie polskie" w miasteczku stało się bardzo intensywne. Przejawem tego było m.in. powołanie do życia w 1907 roku gimnazjum. To jego wychowankowie i uczniowie tworzyli Legiony Polskie w 1914 roku. Jednym z nich był przyszły generał Klemens Rudnicki, syn burmistrza miasteczka, który ponad 20 lat później jako dyplomowany pułkownik poprowadził na wojnę w 1939 roku stacjonujący w miasteczku 9 Pułk Ułanów Małopolskich, wchodzący w skład Podolskiej Brygady Kawalerii. Dowódcą Pułku był również płk Tadeusz Komorowski, przyszły generał i dowódca Armii Krajowej.


Okres I wojny światowej oraz wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku przyczyniły się do wielu zniszczeń. Symbolem podnoszenia się Trembowli z ruin była budowa w latach 1924-30 nowej świątyni pod wezwaniem śś. Piotra i Pawła, zaprojektowanej przez znanego architekta lat międzywojennych Adolfa Szyszko-Bohusza. W odrodzonej Nowej Polsce, w latach 20-tych XX wieku ruiny zamkowe odrestaurowano, główną wieżę wysprzątano i zrobiono w niej restaurację. W roku 1930 uczniowie trembowelskiego gimnazjum zorganizowali tu nawet teatr pod otwartym niebem.
We wrześniu 1939 roku Trembowla została zajęta przez Sowietów już pierwszego dnia inwazji – tj. 17 września 1939 roku. Władze radzieckie umieściły tu stolicę rejonu, a wielu mieszkańców miasta wywieziono na Syberię i do Kazachstanu. Podczas okupacji hitlerowskiej w kwietniu i czerwcu 1943 roku wymordowano w mieście niemal całą ludność żydowską. Miejscem masowych egzekucji była niedaleka wieś Plebanówka. Po wojnie z Trembowli wyjechali niemal wszyscy Polacy. Obecnie społeczność polska liczy jeszcze około 200 osób.
Z początkiem XX wieku Rada Gminy postanowiła również uczcić Zofię Chrzanowską nowym pomnikiem. Autorem był trembowelski rzeźbiarz Jan Bochenek. Pomnik przedstawiał kobietę o zdecydowanym, a jednocześnie błagalnym wyrazie twarzy, jedną ręką trzymającą nóż, a drugą – wskazującą na miasto. Pomnik był okrasą miasta, został jednak zniszczony w 1944 roku. Zachował się jedynie postument, na którym w 1982 roku umieszczono kamienną wazę oraz oryginalną przedwojenną tablicę.

W zeszłym roku z okazji obchodów 915-lecia miasta, na górze zamkowej odsłonięto nowy pomnik odważnej Polki, żony komendanta Zamku Trembowelskiego Zofii Chrzanowskiej (historyczne imię to Anna Dorota von Frezen), która w 1675 roku uratowała miasto przed Turkami. Autorem pomnika był tarnopolski rzeźbiarz Roman Wilguszyński. Makietę pomnika stworzył pod koniec 2011 roku. Podstawą wykonania repliki były zdjęcia przedwojennego monumentu. Jako materiał autor wybrał szary trembowelski piaskowiec. Cokół został odnowiony, a nową figurę ustawiono na początku lipca 2012 roku.
I tak historia zatoczyła koło, a polska Joanna d-Arck znowu strzeże miasto, przed nowymi zagrożeniami ówczesnego świata.

Literatura:
  1. Bronislaw Komplikowicz "Słowo Polskie", rok 1925 Nr. 272.,
  2. Seweryn Przybylski, „Kresy wschodnie Rzeczypospolitej, Opisy i obrazy przeszłości”, Wyd. Polski Czerwony Krzyż,
  3. Aleksander Czołowski i Bogdan Janusz, „Przeszłość i zabytki województwa tarnopolskiego”. Tarnopol 1926, nakładem Powiatowej Organizacji Narodowej.
  4. http://ardelli.info/trembowla.htm
  5. http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100306/REPORTAZ/903725364
  6. http://www.kuriergalicyjski.com/index.php/reportage/1008-pamici-zofii-ktra-uratowaa-miasto
  7. http://www.kresy.pl/publicystyka,reportaze?zobacz/w-opoce-pani-Chrzanowskiej